Moje wspomnienia z Ludowego Wojska Polskiego

Bezpośrednim pretekstem do napisania „Moich wspomnień” stała się krótka notatka prasowa zamieszczona w Gazecie Polskiej. Brzmiała ona: „Klub GP w Mrągowie dokumentuje okres utrwalania władzy ludowej na terenie Mrągowa"... Ta lakoniczna, w istocie rzeczy nic nie mówiąca notatka na chwilę zburzyła mój spokój. Przed oczyma mojej pamięci stanęły wszystkie zdarzenia tamtych ponurych lat. Ożyły wspomnienia, o których chciałem zapomnieć na zawsze, wymazać z podświadomości. Okazało się, że wcale nie jest to takie proste. Ostre, bolesne przeżycia pozostawiają na psychice każdego człowieka trwałe rysy pulsujące niezabliźnionymi ogniskami, aby w sprzyjających warunkach przebić się przez otoczkę czasu i zaistnieć otwartą raną. Miałem wrażenie, że moje koszmarne doświadczenia w Ludowym Wojsku Polskim miały miejsce wczoraj, a nie przed czterdziestu paru laty.

Były czytelne i wyraziste jak kadry na zapomnianej taśmie filmowej, poddanej ponownej projekcji po wielu latach. To dzięki Ludowemu Wojsku Polskiemu Mrągowo, w którym spędziłem dwa lata młodzieńczego życia, kojarzy mi się nie jak większości Polakom z pięknym krajobrazem i wypoczynkiem lecz monumentalnymi koszarami, wojskowym drylem i obsesyjną podejrzliwością jednego człowieka, który miał decydujący wpływ na przebieg mojej służby wojskowej w latach 1951-53. Tym człowiekiem był oficer Informacji Wojskowej, major Tkaczow. On zadecydował, że stałem się „wrogiem ludu". On orzekł, że „zagrażam" strukturom LWP, on skazał mnie na ludzki niebyt w mojej jednostce wojskowej. Nie oznacza to wcale, że przyczyną wszelkiego zła w tej jednostce był major Tkaczow. Podobnych „drobnych majorów" w naszej jednostce wojskowej było wielu. Choć nie mieli większego wpływu na zasadnicze decyzje dotyczące wojska, potrafili skutecznie obrzydzić życie żołnierzom zasadniczej służby wojskowej.

     Zależności służbowych na styku żołnierz zasadniczej służby wojskowej - jego dowódca oraz rzeczywistego, a nie propagandowego przygotowania obronnego Ludowego Wojska Polskiego, nie można rozpatrywać bez całokształtu przemian ustrojowych zachodzących w Polsce w latach 1945-55. W „Moich wspomnieniach" często więc powracam do przeszłości, szukając związków przyczynowych w wielu pozornie tylko odległych od siebie zdarzeniach. Próbowałem też odnaleźć ich dalszy ciąg w przyszłości, jako logiczną konsekwencję wcześniejszych decyzji politycznych. Zapewne moje wspomnienia zawarte w tej książce są chaotyczne, nieuporządkowane, w przeciwieństwie do tematu, którego dotyczą: zasadniczej służby wojskowej, realizowanej z żelazną dyscypliną na podstawie drobiazgowych regulaminów wojskowych. Być może „ludzie pióra", których pisarstwo jest chlebem powszednim opisaliby tamte lata przejrzyściej i składniej? Może? Dlaczego więc nie piszą? Dlaczego milczą? Dlaczego tak zwane „stosunki międzyludzkie" w LWP są nadal tematem „tabu"? Czyżby nasi pisarze i dziennikarze nie mieli okazji poznania „tematu" z autopsji? Czyżby nie służyli nigdy w LWP? A może ów temat nie „dojrzał" jeszcze na tyle, aby o nim można było mówić i pisać otwarcie? Może przemiany w Wojsku Polskim są pozorne? Może obowiązują stare, stalinowskie regulaminy wojskowe? Może są one realizowane przez tych samych dowódców?

     Jak na razie pytania pozostają bez odpowiedzi. Czytelnikowi pozostaje więc ta ułomna zapewne w formie, lecz w miarę wiernie oddająca klimat tamtych czasów książka, którą poleca - autor.

Zdzisław Rynkiewicz

PIERWSZE DNI W LWP

     Życie jest jak spieniona rzeka płynąca przez meandry czasu i przestrzeni. To droga wijąca się wśród barwnych pól brzemiennych łanów wypełniających się kłosami nadziei. To ciągły bieg, w nieuchwytnym rytmie uciekającego świata, by pokonać opór zdradliwych wiatrów. To nieustanna wspinaczka ku gwiazdom, aby oderwać się od ciążenia ziemskiego.

     Każdy z nas, czy to pędzony biczem przymusu, czy raczej kuszony wizją dobrobytu, wieńcami sławy i chwały - chciałby biec szybciej, coraz szybciej, aż do szczytów wyobraźni i własnych możliwości. Aż tu nagle - kiedy młodzieńcza fantazja bierze się w zapasy z realiami tego świata - do drzwi puka listonosz. List polecony, z pieczęcią, podpisem. Wezwanie. Do woja, bracie, do woja... W listopadzie 1951 roku adresatem takiego wezwania stałem się ja. Masz, obywatelu Rynkiewicz, spełnić ogromnie zaszczytny obowiązek służby dla dobra Ludowej Ojczyzny.

     Jako 20-1etni chłopak zostałem wcielony w szeregi Ludowego Wojska Polskiego, Marsz, marsz Dąbrowski... marsz Rynkiewicz! Miejscem mojego przeznaczenia była jednostka wojskowa w Mrągowie, kryjąca się pod zagadkowym kryptonimem „3642". Pojechałem.

     Mrągowo, czternastowieczne miasteczko, z łapą niedźwiedzia w herbie, malowniczo położone między jeziorami: Czos i Juno. Turystom kojarzy się z pięknem krajobrazu i wypoczynkiem. Żołnierzom zasadniczej służby wojskowej z monumentalnymi koszarami, poligonem ćwiczebnym i wojskowym drylem. Moje zderzenie z Ludowym Wojskiem Polskim przypadło na najgorsze czasy w całej powojennej historii Polski. Wszędzie szalał terror, panowała totalna indoktrynacja komunistyczna. Krajem rządzili „Wielcy Polacy" spod znaku czerwonej gwiazdy - Bolesław Bierut i Konstanty Rokossowski. W wojsku wprowadzano żelazną dyscyplinę na wzór sowiecki. Człowiek, a zwłaszcza żołnierz miał być z socjalistycznej stali.

     Specjalnością bojową mojej jednostki była piechota - ta szara piechota - uważana za chlubę każdej armii, opiewana przez poetów i ukochana przez wszystkich, a zwłaszcza kobiety, boć przecież: „za mundurem - panny sznurem"... Wytrawny piechur - wiadomo - przejdzie przez wodę, ogień i... śmierć.

     Żołnierskie życie rozpoczynał ceremoniał „pasowania rekruta" polegający na goleniu głów na „zero". Odtąd nasze cywilne grzebienie należało zamienić na... gąbki, bardziej przydatne do „czesania" takich „fryzur", 2 gołymi, lśniącymi czachami pędzono nasze stadko najpierw do łaźni, a następnie do „domu mody", gdzie otrzyma1iśmy sorty mundurowe. To ostatnie przypominało scenki rodzajowe sprzed sklepów „realnego socjalizmu". Kiedy „coś" tam rzucili, i trzeba było wykazać się sprytem oraz krzepą aby to „coś" kupić. Już jestem ubrany, ot - chłop jak ułan malowany! Ale, ale... Dopiero po kilku dniach paradowania w niedopasowanym mundurze, udało mi się - w drodze wymiany towarowej - zamienić mój mundur o trzy numery za mały z nieszczęśnikiem, który nosił na sobie uniform właśnie o trzy numery za duży. Odtąd każdy z nas był przywiązany do swego munduru jak pies do łańcucha. Żadne okoliczności nie upoważniały żołnierza zasadniczej służby wojskowej do zastąpienia „zielonego garnituru" cywilnym ciuchem. Nawet podczas urlopu, w rodzinnych stronach, na prywatce lub zabawie ludowej, jeśli żołnierz chciał przeżyć jeszcze raz komfort jaki stwarzają dopasowane, cywilne ciuchy, musiał uważać aby jakiś donosiciel z gatunku „cienkich Bolków" nie rozpoznał go i nie zadenuncjował funkcjonariuszowi UB, a ten z kolei oficerowi Informacji Wojskowej. Podobnie jak w przypadkach wielu innych nonsensownych „przestępstw", o które podejrzewano ówczesnego żołnierza, przebieranie się w czasie urlopów w cywilne ubrania szczególnie było ostro zwalczane przez LWP. Być może sądzono, że cywilne „portki" bardziej niż wszystkie inne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne, wyzwalały w żołnierzu nostalgiczne ciągotki, grożące dezercją lub niesubordynacją wobec dowódców? Kiedy dzisiaj Wojsko Polskie (ze względów ekonomicznych) wręcz zmusza swych podwładnych do noszenia cywilnych ciuchów poza koszarami, trudno jest wytłumaczyć tę chorobliwą podejrzliwość ówczesnych dowódców LWP. Następną atrakcją naszego wdrażania w życie żołnierskie było pobierań i e pościeli, plecaków, masek przeciwgazowych i oczywiście broni osobistej, czyli krótkich bojowych karabinów - zwanych w skrócie „kabekami". Większość z nich były to staruszki pamiętające zapewne czasy Czapajewa.

     Już w tym momencie - nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, stać się mieliśmy żołnierzami, gotowymi stawić czoła „wszelkim zakusom imperializmu amerykańskiego", zdecydowanymi walczyć na śmierć i życie, nawet z burżuazyjną stonką ziemniaczaną zrzuconą na nasze terytorium przez popleczników prezydenta Trumana. Oczywiście tak było w teorii. W praktyce czekały nas długie godziny, dni i miesiące intensywnego szkolenia bojowego i politycznego. Chodziło o to, abyśmy mogli „świadomie" (chodziło o świadomość klasową) i po mistrzowsku posługiwać się bronią, która - jak nas zapewniano - została wyprodukowana spracowaną ręką polskiego robotnika. A potem - przysięga. Na wierność Ludówemu Wojsku Polskiemu i jego niezłomnemu sojusznikowi - Armii Czerwonej.{mospagebreak}

SZKOLENIE BOJOWO-TAKTYCZNE

     Płynęły dni szare, ciężkie i monotonne. W krotce rozpoczęło się programowe szkolenie. „Gwoździem" edukacji bojowej były ćwiczenia taktyczne nazywane pieszczotliwie przez naszych dowódców „podorywką". Hm, wolne żarty! W rzeczywistości było to sadystyczne znęcanie się nad skoszarowanymi ludźmi nie uzasadnione żadnymi względami merytorycznymi. Szczególnie uciążliwe były te „nadprogramowe" „podorywki" wymierzane żołnierzom z byle powodu. Przewinieniem mógł być każdy pretekst - że są młodzi, że, mimo morderczej służby, próbują się uśmiechać, a nawet żartować, że starają się zachować resztki swej godności osobistej. Cóż, takie niekonformistyczne zachowania w Ludowym Wojsku Polskim były niedopuszczalne. Bo jakże to - tak na luzie, jakby kpiarsko czy cynicznie? Dlatego tego rodzaju zachowania były wyzwaniem dla dowódców ponuraków wszelkiej maści i szarży, wszystkich jednakowo nadętych nie z nadmiaru rozsądku, lecz z przerostu ambicji. Ich stopień wojskowy nie miał tu żadnego znaczenia. Każda szarża w takim wojsku mogła znaleźć swego kozła ofiarnego.

     Repertuar „podorywek" był bogaty. Czołganie się każdego dnia - w słocie i błocie -najczęściej w masce przeciwgazowej - stawało się katorgą nawet dla silnych, wysportowanych mężczyzn. Tacy byli oczywiście w zdecydowanej mniejszości. Cała reszta by1i to „słabeusze" o kondycji „żonatego wróbla". Przecież należeliśmy do pokolenia przedwojennego (1931 rocznik), które przemierzało różne drogi życiowe. Wszyscy przeszliśmy przez gehennę okupacji hitlerowskiej, wielu z nas także sowieckiej. Niektórzy trafili do wojska z poważnymi schorzeniami. Tacy stanowili obiekt szczególnego „zainteresowania" ze strony sadystycznych dowódców.

     Wyglądało to tak, że każdy pułk, każda kompania, a nawet drużyna miały swego żołnierza - tarczę, zderzak, popychadło. Byli to ludzie odstający od „normy" psychicznie lub fizycznie. O ile w cywilu jakoś sobie radzili, najczęściej pozostając na uboczu ludzi „normalnych" i nie wchodząc im w drogę, o tyle w wojsku było to absolutnie niemożliwe. Tu wszyscy by1i skazani na wszystkich - słabi na silnych, uczciwi na cwaniaków, szeregowcy na dowódców. Takie układy i koneksje prowadziły w otchłań brutalności. Cóż, w wojsku królowało prawo dżungli. Silni niszczyli słabszych - najczęściej „bezinteresownie", cwaniacy wykorzystywali naiwnych i uczciwych, a dowódcy byli „panami życia i śmierci" swoich podwładnych.

     Nagminnym zjawiskiem było znęcanie się fizycznie silnych osobników nad żołnierzami o słabej kondycji fizycznej. Słabeusze byli obiektem drwin i niewybrednych dowcipów. A okazji do takich zachowań było wiele. Przecież wojsko to nie kółko różańcowe. Każdego dnia żołnierz musiał potwierdzać swą tężyznę wobec pozostałych kolegów i przełożonych. Nic dziwnego, że w warunkach koszarowych głupota ludzka mniej rzuca się w oczy, niż słaba kondycja fizyczna. Stąd osiłki o kurzym móżdżku lepiej sobie radzili w wojsku niż następcy Alberta Einsteina o bicepsach komara.

     W naszej drużynie miał wątpliwą przyjemność służenia żołnierz od biegający sporo od norm wojskowej tężyzny. Chuderlawy, wzrostu półtora metra łącznie z rogatywką wadze niewiele większej od tuczonego indyka. Ponadto, miał poważne trudności z artykułowaniem najprostrzych słów. Takie „wspaniałe" warunki fizyczno-psychiczne zadecydowały, że komisja poborowa - zapewne z udziałem lekarza - postawiła diagnozę: zdolny do służby liniowej . W ten oto sposób sadyści z naszej jednostki otrzymali znakomity prezent.

     Wszystko potoczyło się normalnym trybem, ów nieszczęsny żołnierz stał się natychmiast obiektem żarcików i dowcipów. Choć nie wszyscy współtowarzysze żołnierskiej doli i niedoli odczuwali potrzebę bawienia się jego kosztem, to przy ich bierności wobec zagrożenia psychicznego słabszego kolegi efekt był taki sam jakby w owych torturach uczestniczyli wszyscy żołnierze. Ja należałem do nielicznych wyjątków. Zdecydowanie przeciwstawiałem się - choć z mizernym skutkiem podobnym praktykom. To nie dlatego, że czułem się obrońcą uciśnionych. Przeciwnie, protestowałem prawdopodobnie ze względów taktycznych, czy może nawet egoistycznych. Niewiele górując kondycją fizyczną nad owym nieszczęśnikiem (miałem 182 cm wzrostu przy 57 kg wagi) obawiałem się że mogę stać się następnym obiektem „zainteresowania" dowcipnisiów. W sytuacji, gdy ktoś zdemaskuje moją słabość fizyczną - myślałem z przerażeniem - ja będę kolejnym przymusowym błaznem w drużynie. Wszak nie ma nic weselszego na świecie od oglądania delikwenta zmagającego się z własną słabością: na przykład podczas wspinaczki po pionowej linie lub w czasie pokonywania - niczym mitologiczny Syzyf - jednego z najtrudniejszych elementów toru przeszkód, wysokiej ściany zwanej przez żołnierzy „ścianą płaczu".

     Dowódca naszej drużyny, niski i korpulentny - kapral Mańkowski, przezywany przez nas „konusem", należał do zagorzałych kibiców „popisów" sprawnościowych, w wykonaniu wszelkich niedorajdów życiowych. Zwracał się do nich zwykle, niby dobrodusznie:

     -Ty, „kalikaturo"... Pokaż co potrafisz, zanim trafisz na afisz... Po czym wybuchał niepohamowanym śmiechem. Niestety, nasz kapral nie tylko do słów ograniczał swoje wątpliwe „żarty". Nad naszą drużynową „ofermą" znęcał się także fizycznie. Jego obarczał obowiązkiem dźwigania na wątłych ramionach najcięższych elementów uzbrojenia w drodze na poligon. Jego kierował na najtrudniejsze tory przeszkód. Jemu wyznaczał najbardziej zabłocone szlaki „podorywki".

     Nieustanne maltretowanie okazało się w końcu ponad siły naszego kolegi. Na kpiny i obelgi przestał reagować. Prawdopodobnie doszedł do wniosku, że łatwiej jest ujarzmić własną psychikę, własną godność, zmuszając je do uległości wobec prześladowcy; niż podporządkować nierealnym dyspozycjom własne mięśnie i ścięgna. One bowiem są w stanie wyzwolić z siebie tylko tyle energii, na ile im pozwala wydolność fizjologiczna.

     To, co się w końcu stało z naszą drużynową „ofiarą", na zawsze pozostało w mojej pamięci. Było to na jednym z wielu ćwiczeń taktycznych, wczesną wiosną 1952 roku. Ziemia zmieniła się w błoto. Teren był grząski. Dla sadystów w mundurach - świetna okazja. Kapral Mańkowski zarządził pogotowie gazowe. Wskazując na horyzoncie samotne drzewo, krzyknął:

- Padnij! Czołganiem naprzód marsz!!!

     Cała wiara z brzuchami przy ziemi - niczym pełzający krokodyle - ruszyła przed siebie. Ja, jak zwykle, uplasowałem się w ogonie. Herkulesem nie byłem na pewno. Po kilku minutach czołgania zauważyłem, że jakiś maruder pozostał za mną w tyle. Ktoś wyraźnie „olewa" sobie równo tę misternie przygotowaną przez kaprala Mańkowskiego podorywkę - pomyślałem zdumiony. Może zasnął? Zaniepokoiłem się. Taka wpadka była „wodą na młyn" kaprala. Za karę gotów nam wszystkim zorganizować „powtórkę z rozrywki". Objuczony sprzętem bojowym z trudem wykonałem skręt głowy do tyłu. Ujrzałem maskę, a w niej zakrwawione szkła. Boże! Co się stało? Zerwałem się na równe nogi i susem skoczyłem do nieszczęśnika. Pozbyłem się najpierw własnej i natychmiast jego maski. Pod nią widok okropny. Cała twarz żołnierza była pokryta warstwą skrzepłej krwi. Biedak dostał krwotoku. Ciężko oddychał.

     Nikt z nas w pierwszej chwili nie skojarzył, że tym zakrwawionym, nieruchomym żołnierzem jest ON - ten groteskowy facet odstający od „normy", obiekt nieustannych docinków. Tym razem żaden z wesołków łącznie z kapralem Mańkowskim nie rechotał na jego widok. Zapadła złowieszcza cisza. Sporo czasu upłynęło zanim ktoś roztropniejszy zasugerował wezwanie lekarza. Wysłano do jednostki specjalnego gońca. W Ludowym Wojsku Polskim nie było zwyczaju zabierania noszy na tak „błahe" ćwiczenia. Nawet koce stanowiące stały ekwipunek żołnierza pozostawały w koszarach. Nocą służyły jako przykrycie, a w dzień, wyprofilowane w „kancik", były ozdobą łóżek.

     Ostrożnie zdjęliśmy z nieszczęśnika karabin i plecak. Rozpięliśmy mundur. Kilku żołnierzy instynktownie zdjęło własne płaszcze. Wymościli nimi naprędce posłanie. Tam ułożyliśmy chorego. Drżał z zimna. Przez pęknięcia w skrzepach krwawej maski sączyły się kropelki potu. Rzęsy i brwi sklejone krwią utrudniały mu widzenie. Do bladego czoła przylgnęły zakrwawione włosy. Nic nie mówił. Był spokojny, może nawet dumny z zaistniałej sytuacji. Zagrożeniem własnego życia pokonał lęk przed okrutną rzeczywistością Oczekiwanie przeciągało się w nieskończoność. Wydawało się, że pomoc medyczna nigdy nie nadejdzie. Wreszcie przyjechała wojskowa sanitarka. Lekarz wysiadł z szoferki. Obejrzał delikwenta i wydał rozkaz dwom sanitariuszom, zwanym przez nas „łapiduchami", aby chorego przetransportowali do samochodu. W szpitalu, do którego trafił żołnierz diagnoza była jednoznaczna - chory cierpi na przewlekłą, otwartą gruźlicę. Po kilku miesiącach „za szczytnej służby" żołnierz wrócił do cywila jako inwalida.

     Na szkoleniu bojowo-taktycznym nigdy nie brakowało „atrakcji". Inne zdarzenie miało miejsce zimą 1951/52 roku. Cały skład osobowy pułku przebywał z dala od koszar na dwudniowych ćwiczeniach. Celem manewrów było uzyskanie informacji dotyczących przebiegu szkolenia bojowego jednostki i sprawności fizycznej wojska. O morale żołnierzy nikt się nie martwił. Zakładano, że są bez zarzutu. Mniej więcej połowa składu osobowego pułku pozorowała atak, a pozostała część - obronę. Sam znalazłem się w drugiej grupie.

     Przez cały pierwszy dzień w naszej grupie trwały przygotowania obronne do powstrzymania ewentualnego ataku nieprzyjaciela. W tym celu pogłębialiśmy stare, poniemieckie rowy strzeleckie i kopaliśmy nowe w zmarzniętej na kamień ziemi. Przed nastaniem nocy wydano nam „ślepą" amunicję. Dokonaliśmy przeglądu broni. Udaliśmy się na stanowiska ogniowe na nocne czuwanie oczekując ataku nieprzyjaciela. Nieprzenikniona, bezgwiezdna noc przyniosła autentyczną atmosferę grozy. W tej ciemności nie trudno było sobie wyobrazić, że w każdej chwili mogło nastąpić nieuchronne starcie na „śmierć i życie”. Od czasu do czasu wybuchały zaczepne petardy. Z oddali słychać było krótkie serie : z broni maszynowej i pojedyncze wystrzały. Nad nasze pozycje obronne nadlatywały świetliste rakiety niczym nocne zjawy. Stawało się coraz bardziej zimno, jak to często w lutym bywa u nas na północnym wschodzie. Mimo uciążliwego chłodu - a może właśnie dlatego - wszystkim chciało się straszliwie spać. Sen w bezruchu, na mrozie, czego wszyscy byliśmy świadomi, to pewna śmierć, lub co najmniej poważne odmrożenia kończyn. Zmęczenie okazywało się jednak silniejsze od świadomości. Jedna chwila psychicznego luzu i jesteś, bracie, gotowy! Sen przychodził nagle, szybciej niż zaskakujący atak nieprzyjaciela. Drużynowi co kilkanaście minut wizytowali rowy strzeleckie budząc uporczywych śpiochów. Ci. którzy mimo wszystko zasnęli i zdradzali się głośnym chrapaniem, obrywali saperką po hełmie. Na pozycjach obronnych obowiązywała absolutna cisza z obawy przed „dekonspiracją". Uderzenie saperską łopatą w kask ochronny wyrywało ze snu nie tylko przerażonego żołnierza lecz także sąsiadujących z nim amatorów snu. A nie jest też wykluczone, że słyszane było w obozie przeciwnika.

     Następnego dnia o świcie, kiedy nasza świadomość była na pograniczu jawy i snu, zabrzmiała trąbka swym przenikliwym metalicznym dźwiękiem:

   -Do ataku!!!...

   Z ust kilkuset żołnierzy wyrwał się potężny okrzyk:

  - Hurraaa!!!

     Wszystko zatrzęsło się, zagotowało, skłębiło, zagrzmiało... i wybuchła niesamowita kanonada. Huk petard tuż przed naszymi stanowiskami ogniowymi, jazgot cekaemów i pepesz mieszały się z okrzykami żołnierzy. Przedsionek piekła! Choć byliśmy pewni, że obie „walczące" strony używają wyłącznie „ślepej" amunicji, niejednemu z nas ciarki przebiegły po grzbiecie. Gryzący dym drażnił spojówki. Setki decybeli wdzierały się do uszu...

     Naszym zadaniem było powstrzymanie wroga na przedpolu obrony. Widać robiliśmy to skutecznie, bo próby przełamania naszych linii przez napastnika kończyły się niepowodzeniem. Nieprzyjaciel coraz zacieklej atakował nasze pozycje obronne. Powietrze wibrowało od eksplozji. Wkrótce padła komenda:

   - Pogotowie gazowe!

     Maski błyskawicznie zasłoniły twarze, uszy, oczy. Guma przytłumiła nieco odgłosy broni palnej, ale utrudniała oddychanie i obserwację pola walki. Tymczasem gra wojenna rozwijała się nadal. Nagle wyrosła przed nami ściana brunatnego dymu, pozorująca atak gazowy. To właśnie przed nim chronić miały nasze maski. Wkrótce padł rozkaz:

   - Wycofać się !!!

     Czołgamy się na drugą linię obrony, odległą o kilkadziesiąt metrów. Tam na nowo podejmujemy walkę. Po około dwóch godzinach morderczych zmagań donośny sygnał trąbki oznajmił:

  - Przerwij ogień !!!

     Nagle - jak po burzy - zapanowała przejmująca cisza. W uszach dźwięczały dzwony. Oczy płakały nie z powodu odniesionego zwycięstwa czy poniesionej kieski, lecz od piekącego dymu. Na pobojowisku nie było ani trupów, ani śladów krwi, ani potu, tylko zbrukany śnieg - przeorany wzdłuż i wszerz - dawał świadectwo przebytej batalii. W rowach strzeleckich czerniały łaty stopionego śniegu po leżących tu niedawno żołnierzach, niczym legowiska jakichś tajemniczych stworów. Powoli wracał spokój.

     Ćwiczenia - zgodnie z zasadami wojennej sztuki - zakończyła ogólna zbiórka pułku, poświęcona podsumowaniu wyników. Później - zasłużone śniadanie: gorąca grochówka z boczkiem - spełnienie marzeń zgłodniałych żołnierzy.

     Likwidacja obozowiska trwała do późnego popołudnia. Wreszcie obiad i wymarsz w kierunku koszar. Do pokonania mieliśmy - bagatelka! - około 25 km. W drodze powrotnej pułkiem dowodził oficer „frontowiec" - kapitan Janowski. Nasz długi marsz powrotny rozpoczęliśmy kiedy było już ciemno, około godziny siedemnastej . Powrót do koszar był przewidziany na godzinę dwudziestą drugą. Cały czas szliśmy w milczeniu. Nikt nie miał ani sił, ani ochoty na marszowy śpiew, który zwykle ma działanie dopingujące. Po dwóch dniach morderczych ćwiczeń nasza wyobraźnia mknęła hen, do żołnierskich izb, ku pryczom, pachnącym niczym królewskie, atłasowe łoża... Raz, dwa... raz, dwa... Miarowy, równy krok działał usypiająco, przypominał spokojne tykanie kominkowego zegara w domowych pieleszach.

     Kiedy minęła północ, a żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały kresu naszej wędrówki, wśród oficerów sztabowych zapanowała konsternacja. Nie dlatego bynajmniej, że poczuli zmęczenie - cała kadra oficerska jechała wozami zaprzężonymi w pułkowe konie - widocznie ścierpły im nogi z bezruchu. Kapitan Janowski zarządził postój. W świetle zapalniczek i tlących papierosów zaczął studiować mapę. Wtedy to z jego ust usłyszeliśmy uwagę godną samego Napoleona:

   - Cholera jasna! Moja mapa skończyła się w kartoflach. Oznaczało to, że naszego obecnego miejsca postoju nie było na jego sztabowej mapie, albo ową mapę odczytywał „do góry nogami"...

     Jakaś cierpka złość, a jednocześnie sarkastyczny śmiech ogarnął cały pułk. Rzeczywiście, w miejscu naszego postoju wyzierały spod śniegu łodygi nie wykopanych przed zimą ziemniaków, pozostawionych przez niefrasobliwych gospodarzy, prawdopodobnie któregoś z przodujących PGR-ów.

     Ponad pół godziny trwało ustalanie aktualnego miejsca postoju. Wysłano zwiadowców na cztery strony świata, po „języki". Oj, wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani... Wreszcie ruszyliśmy dalej. Ile czasu trwał następny etap naszego marszu nie jestem w stanie określić, bo po prostu odpłynąłem w krainę sennych marzeń. Idąc tak — raz, dwa, raz, dwa, objuczony karabinem i plecakiem, uciąłem sobie dłuższą drzemkę. Właściwie to nie była drzemka, lecz twardy, krzepiący sen. Kiedy po powrocie do cywila opowiadałem znajomym, którzy z wojskiem niewiele mieli styczności, że na skutek skrajnego wyczerpania można spać w miarę „wygodnie" w czasie marszu patrzyli na mnie z nieukrywanym zdziwieniem.

     W koszarach zameldowaliśmy się około czwartej nad ranem. Byliśmy u kresu sił. Nieprzytomni rzuciliśmy się na łóżka. Nikt nie pytał ile drogi nadrobiliśmy przez błąd „nawigacyjny" kapitana Janowskiego. Jedyną rekompensatą dla nas rekrutów była „wspaniałomyślna” decyzja dowódcy pułku, przesunięcia o dwie godziny pobudki. Dobre i to. Nareszcie prawdziwy sen, ukojenie...{mospagebreak}

SZKOLENIE POLITYCZNE

     Wyszkolenie polityczne, obok bojowego, należało do priorytetowych. Niektórzy „teoretycy" ówczesnego LWP nawet twierdzili, że to świadomość polityczna decyduje o losach wojny. To walory ideologiczne, a nie rzemiosło wojenne miały być kręgosłupem armii. Polski żołnierz musiał odróżniać bez chwili zastanowienia - nawet we śnie - wrogów od przyjaciół. Ten podział w LWP był wyrazisty i bezdyskusyjny - na wchód od Polski byli „przyjaciele" — na zachód znienawidzeni „wrogowie". Oczywiście ten dialektyczny rozdział nie dotyczył NRD-owców, którzy byli zaliczani do „wypróbowanych przyjaciół". Przekonanie żołnierzy do powyższej linii podziału wcale nie było łatwe i wymagało ogromnego wysiłku organizacyjnego i propagandowego ze strony wszystkich formacji ideologicznych komunizmu. Tylko gruntowne pranie młodych mózgów gwarantowało, ich zdaniem, że żołnierz polski zawsze będzie kierować lufę swego karabinu na zachód, a nigdy na wschód. Nie mógł też powstać w umysłach żołnierzy nawet cień wątpliwości co do słuszności takiej polityki.

     Generalnie rzecz biorąc szkolenie polityczne polegało na teoretycznym uzasadnianiu tego, czego nie dało się udokumentować empirycznie. Przekonywano nas szczególnie uporczywie o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, o tym, że Związek Radziecki jest szlachetny, a Stany Zjednoczone są wredne, że Polska zawdzięcza Związkowi Radzieckiemu wszystko, a nawet jeszcze więcej, że przed wojną nie mieliśmy nic, a po wojnie, dzięki socjalizmowi, mamy dwa razy więcej.

     Ponadto uczono nas dzień w dzień o niezwyciężonej Armii Czerwonej, marionetkowych armiach „zgniłego zachodu", o braterstwie broni (a nie ludzi) między Ludowym Wojskiem Polskim i Armią Radziecką i, wreszcie o tym, ze nasz ludowy żołnierz i żołnierz sowiecki stanowią jedno, co - niestety — miało się potwierdzić 16 lat później, w 1968 roku, w Czechosłowacji.

     „Dowartościowaniem" szkolenia politycznego były komunikaty, nadawane przez lokalny radiowęzeł - określany przez żołnierzy mianem „szczekaczki". Non stop, od pobudki do capstrzyku, wciskano nam propagandowy kit, żywcem przeniesiony z haseł „związku patriotów polskich" - nieślubnego dziecka Wandy Wasilewskiej i Josifa Wissarionowicza Stalina. W tej informacyjnej; sieczce, z wielkim patosem donoszono nam, o niezwykłych osiągnięciach Kraju Rad w ekonomii, nauce i technice. W przerwach! między komunikatami dźwięczały „swojskie" melodie. Do żelaznego repertuaru należały: „Kalinka", „Katjusza", „Wołga, Wołga..." oraz „Kantata o Stalinie".

     W sytuacjach awaryjnych, kiedy politruk nie stawił się na ideologiczne zajęcia, kapral Mańkowski niejako z urzędu przejmował inicjatywę w swoje ręce. Marzył o takich okazjach. Bardzo wysoko oceniał własne wykłady ex katedra. Zazdrościł oficerom politycznym ich „rządów dusz żołnierskich" - monopolu na oświatę ideologiczną. Miał głęboką nadzieję, że w przyszłości, kiedy dochrapie się stopnia oficerskiego, będzie to stopień oficera politycznego. W tym przypadku należy oddać sprawiedliwość kapralowi Mańkowskiemu; znał się na rzemiośle politycznym nie gorzej od zawodowców. Podczas swych „wykładów" nigdy nie korzystał ze ściągów, ani propagandowych skryptów Głównego Zarządu Politycznego LWP „Temat" -jak się to mówi - miał w jednym palcu. Znał na pamięć życiorysy ówczesnych przywódców PRL i międzynarodowego ruchu komunistycznego. Datami i „faktami" z ich „chlubnej" przeszłości sypał jak z rękawa. Mało tego. Z pamięci mógł zacytować wszystkie paragrafy i ustępy opasłego Regulaminu Piechoty oraz Manifestu PKWN! Jednym słowem, w tym niedużym i niepozornym człowieczku drzemał geniusz - fenomenalny dar natury. Jego szare komórki rejestrowały wszystko - bez wyjątku - jak komputer o tysiącu „megabajtów". Kapral Mańkowski dbał o to, ażeby słuchacze nie uronili nic z jego głębokich myśl i żadnego ważnego szczegółu, dotyczącego socjalizmu i internacjonalizmu w ogóle. Kiedy dyktował do kajetu, każde słowo celebrował i powtarzał wielokrotnie. Podczas następnej okazjonalnej lekcji, wracał do poprzednich wykładów sprawdzając stopień utrwalenia w umysłach żołnierzy przekazanej przez siebie wiedzy. W przeciwieństwie do różnego autoramentu politruków, którzy w czasie poważnych wykładów ideologicznych często zachowywali się jak smarkacze, kapral Mańkowski nigdy nie pozwalał sobie na żadne harce w rodzaju zarządzania pogotowia gazowego w momencie, kiedy brak było odpowiedzi na stawiane przez żołnierzy podchwytliwe pytania. On, polityk-amator, a w dodatku tylko kapral, a nie oficer nigdy nie dał się sprowokować nieodpowiedzialnymi pytaniami. Najtwardszego malkontenta potrafił przekonać do swych racji - spokojem, głęboką wiarą w socjalizm i przede wszystkim niepodważalnymi argumentami. Poza - prawdopodobnie nielicznymi zawodowcami - którzy z bezmyślną gorliwością wypełniali swoją dziejową misję trybunów komunizmu, reszta politruków raczej olewała swe obowiązki wojskowych propagandzistów. Nikt bowiem przy zdrowych zmysłach nie wierzył w skuteczność tej politycznej paplaniny. Nikt, z wyjątkiem naszego kaprala.

     Kim byli oficerowie tworzący kadrę dowódczą wojska w latach 1945-55? LWP było lustrzanym odbiciem całokształtu stosunków społeczno-politycznych PRL. Partia podporządkowała swoim interesom całą jego hierarchię. Wojsko polskie faktycznie stało się zbrojnym ramieniem partii. W doborze kadr zaczęto stosować selekcję negatywną - „mierny, bierny, ale wierny" i „nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera"... Przy doborze kadr na stanowiska dowódcze decydentów partyjnych nie interesowały kwalifikacje zawodowe kandydatów, lecz ich „moralność" socjalistyczna i wyrobienie polityczne. Każdy, kto chciał i potrafił opowiadać gładkie komunały, gloryfikujące nową rzeczywistość oraz potępiać i krytykować starą, czyli przedwojenną, mógł liczyć na akceptację partii. Mógł stanąć w elitarne szeregi budowniczych i utrwalaczy władzy ludowej.

     Awans społeczny był najwyższą formą uznania ze strony partii za prawomyślność, lojalność i ślepe posłuszeństwo. Otwierał on nowej klasie społecznej olbrzymie możliwości kariery zawodowej na wszystkich szczeblach władzy politycznej, państwowej i gospodarczej. Wojsko i milicja także stały otworem przed ludźmi z awansu społecznego. Zaistniałą sytuację szybko wykorzystali różnego autoramentu hochsztaplerzy, cwaniacy i obiboki, żądni łatwej kariery. Tworzone przez partię ekskluzywne stanowiska natychmiast były zajmowane przez przedstawicieli nowej klasy. Żądali od partii dalszych stanowisk, które natychmiast zawłaszczali. W pewnym okresie PRL, w wielu instytucjach, na jedno stanowisko robocze przypadało kilka stanowisk kierowniczych. Napór nowej klasy do socjalistycznego żłobu był ogromny. Wkrótce zaczęły się tworzyć długie kolejki do lukratywnych stanowisk.

     Wbrew pozorom, życie kolejkowiczów wcale nie było łatwe. Swą lojalność i wiernopoddaństwo, musieli demonstrować wszędzie i przy każdej okazji. Decydenci bowiem, bacznie obserwowali postawę ideologiczną swych pupilków. Intratnych stanowisk było coraz mniej a kandydatów coraz więcej. Ci u steru władzy mogli więc przebierać w kandydatach jak w przysłowiowych ulęgałkach. Zaczęto stosować zróżnicowane kryteria awansu społecznego, rozciągając je na strefę ekonomiczną; mniej uwagi poświęcano świadectwom moralności, a więcej... kopertom, ukradkiem pozostawianym na biurku decydenta.

     Dla wielu kacyków, głównie sekretarzy partii, dystrybucja stanowisk stała się drugim zawodem. Z upływem czasu, decydenci zapomnieli o wszelkiej moralności i zaczęli oceniać swą klientelę wyłącznie pod względem materialistycznym czyli zgodnie z ideą Marksa i Engelsa. Status majątkowy okazywał się najlepszą rekomendacją do piastowania zaszczytnych funkcji. Zanim przyszli wybrańcy ludu mogli zostać beneficjentami bliżej nieokreślonych korzyści, musieli z wyprzędzeniem - bez żadnej gwarancji ze strony decydentów - płacić haracz a konto. Takie były reguły gry, lecz stawka była zbyt wysoka aby mogła zniechęcić kolejkowiczów. Pomimo posuchy na rynku zaopatrzeniowym ludu pracującego, spowodowanej błędną polityką ekonomiczną partii, w sklepach nomenklaturowych, których partyjni „luminarze" byli udziałowcami (Pewex), były towary z całego świata i połowy Ameryki: z polską szynką „Krakus", szkocką Whisky, astrachańskim kawiorem i kubańskimi cytrusami. To wszystko mogło być w zasięgu ręki tych, którzy nie mając dewiz na zakupy, nie żałowali polskich złotówek na koperty dla decydentów.

     Coraz trudniejsza stawała się sytuacja tych, którzy mając wysokie aspiracje „moralne" nie mieli pieniędzy na łapówki. Ci, szczególnie musieli dbać o własną reputację. Jedno potknięcie

     polityczne mogło spowodować skreślenie z listy kandydatów, lub w najlepszym przypadku przesunięcie w dół kolejki. Skreślenie pechowca z listy było prawdziwą tragedią. Natychmiast pękały wszelkie więzy towarzyskie. Dotychczasowi przyjaciele odwracali się do niego plecami. Nie dlatego, że jego występek był naganny. Dalsze spotykanie się z trefnym przyjacielem było niebezpieczne, albowiem mogło być odczytane przez decydenta jako prowokacja, a na taką podejrzliwość nikt sobie nie mógł pozwolić.

     Narodziny nowych, socjalistycznych elit w powojennej Polsce, określanych w szerokim znaczeniu władzą ludową, można podzielić na 3 etapy:

   I - nazywany w żargonie urzędowym awansem społecznym, polegał na masowym obsadzaniu wszystkich kierowniczych stanowisk przez rządzące partie: PPR - PZPR. oraz w ograniczonym zakresie partie satelickie ZSL i SD zaufanymi ludźmi, z reguły z nizin społecznych, bo na tym między, innymi polegał „awans";

   II - etap przeznaczono na przyśpieszone kształcenie kadr, wyselekcjonowanych w I etapie;

   III - etap poświęcono przygotowaniu rezerwowych kadr socjalistycznych, do realizacji przyszłych zadań partii.

      Jak przebiegała realizacja poszczególnych etapów?

     W I etapie rozdawnictwo kierowniczych stanowisk odbywało się z zachowaniem kryteriów ideologicznych. Przestrzegano przy tym zasady, aby nowomianowany dygnitarz swym intelektem nie przewyższał tych. którzy go awansowali. Wielu tępych nieuków trafiło wówczas na najwyższe stanowiska z rekomendacji partii. Można było spotkać ich także w kulturze, wojsku, sądownictwie. Zwyczajny nieuk na stanowisku decydenta podpisywał służbowe „papiery" trzema krzyżykami: + + + a nieuk ze stopniem „naukowym" - czterema krzyżykami: + + + +. Ten czwarty krzyżyk symbolizował jego stopień „naukowy". Ci „fachowcy" z awansu społecznego stali się z upływem lat powodem drwin i dowcipów ze strony polskiego społeczeństwa. O kadrach I etapu zaczęto coraz głośniej mówić, że krajem rządzą „ciemniaki". Partia nie mogła sobie pozwolić na tak jednoznacznie krytyczną opinię publiczną. W obliczu druzgocącej krytyki „bohaterów" nowego systemu politycznego, partia wezwała swych wybrańców do „podnoszenia” kwalifikacji zawodowych. Już wcześniej zaklepano im miejsca we wszystkich placówkach oświatowych - od szkół podstawowych do wyższych uczelni z kursami „doktoranckimi" włącznie. Wszystkie oczywiście dotyczyły kształcenia „przyspieszonego", czy jak kto woli—„galopującego". Kadra pomazańców partyjnych twierdziła, że czas nauki jest czasem straconym. Chodziło im bowiem nie o rzetelną wiedzę, lecz dyplom nobilitujący ich kierownicze stanowiska. Pod naciskiem partii dyrekcje szkół i uczelni (o ironio, także mianowane z poręczenia partii) tworzyły wybrańcom przyśpieszone przewody naukowe dając autentyczne matury i stopnie naukowo zaledwie w ciągu kilku miesięcy. Tworzono studia korespondencyjne i, jak niektórzy żartowali telefoniczne. Do dnia dzisiejszego krążą po Polsce anegdotki o „studentach" - aktywistach partyjnych. Właśnie taki „student" o umownym nazwisku Kowalski, zapomniał był na którym roku „studiuje". Nagabywany przez żonę, dzwoni do rektora uczelni i pyta:

   - Tu sekretarz Kowalski. Towarzyszu rektorze, przypomnijcie mi na którym roku aktualnie studiuję?...

  - Ależ oczywiście, Towaszyszu Sekretarzu - odpowiada rektor - na piątym roku. Jednocześnie pragnę podkreślić, że jesteście wzorowym studentem. Pozostała Wam już tylko obrona pracy magisterskiej...

  - No, widzicie towarzyszu rektorze — mówi sekretarz - nawet własnej żonie nie mogę zaufać. Twierdzi ona, że moje studia to wielka lipa, albowiem nigdy nie widziała na moich plecach tornistra...

     Ile w tej anegdotce było prawdy, a ile zwykłej kpiny, trudno dziś ocenić. Jedno jest pewne, produkcja partyjnych „naukowców" była codzienną rzeczywistością PRL. W ten sposób wytrąciła ona krytykom tamtego systemu argumenty, że Polską, rządzi partyjna ciemnota.

     Tym dygnitarzom, którzy nie mieli cierpliwości do jakiejkolwiek nauki lub nie życzyli sobie poniżania się z motłochem na salach wykładowych publicznych uczelni, partia stworzyła własny system oświatowy.

     Czy można było bowiem tolerować profesora, który na oczach gawiedzi wzywał do tablicy kierowniczą siłę narodu i kompromitował ją głupimi pytaniami, na które owa siła nie miała odpowiedzi?

     Wyższa Szkoła Nauk Społecznych w Warszawie, działała na prawach wyższej uczelni. Powołano też w każdym województwie Wieczorowe Uniwersytety Marksizmu - Leninizmu (WUM-L). Te ostatnie „uniwersytety", tylko w kręgach partyjnych były traktowane jako wyższe uczelnie. Często kształcili się w nich oficerowie Ludowego Wojska Polskiego, a zwłaszcza polityczni. Społeczeństwo polskie traktowało je z pełną pogardą. Były one bowiem ośrodkami znienawidzonej indoktrynacji komunistycznej. Kiedy normalne uczelnie nie nadążały z produkcją partyjnych „fachowców", WUM-Lowskie kuźnie kadr wypełniały tę lukę. Na WUM-L-ach dominowały trzy kierunki studiów: humanistyczny - uczący podstaw filozoficznych marksizmu i leninizmu, ekonomiczny - poświęcony ekonomii politycznej socjalizmu, oraz religioznawczy - w wiadomym znaczeniu tego słowa. Jak widać były to „uczelnie" na wskroś „nowoczesne".

     III etap kształcenia i stabilizacji socjalistycznych kadr PRL, był próbą wyjścia na przeciw długim kolejkom amatorów łatwej kariery. Działo się to w schyłkowym okresie „realnego socjalizmu". Zamiast bezczynnego oczekiwania w ko1ejce na wolne miejsca pracy, oczywiście tej uprzywilejowanej, kierowniczej pracy, partia umożliwiła swym podopiecznym bezpłatną naukę we wszystkich typach szkół. W bliżej nieokreślonej perspektywie czasowej, mogli oni liczyć na spełnienie ich marzeń. Miała o to zadbać „kierownicza siła". Pierwszymi pionierami kadry dowódczej Ludowego Wojska Polskiego - poza absolwentami wyżej wymienionych uczelni - byli tak zwani „frontowcy". Przybyli do kraju ze wschodu z I i II Armią Wojska Polskiego. Wśród rdzennych Polaków, poważny odsetek stanowili „fachowcy" oddelegowani przez Armię Czerwoną. Ci polscy i sowieccy weterani drugiej wojny światowej, stanowili trzon nowoutworzonego wojska polskiego. Oficerowie LWP, zarówno ci „frontowcy" jak i świeżo upieczeni w kilkumiesięcznych szkołach oficerskich, byli ludźmi głęboko zakompleksionymi. Pod maską arogancji i pewności siebie ukrywali wszystkie niedostatki własnej osobowości, luki w wykształceniu, brak wiary we własne posłannictwo. Nie mieliśmy żadnych problemów z ich identyfikacją w naszej jednostce.{mospagebreak}

SZKOLENIE STRZELECKIE

     Szkolenie strzeleckie - to zbyt pompatyczne słowa na określenie tej bojowej dyscypliny w Ludowym Wojsku Polskim w latach mojej służby 1951-53. Miało ono tyle wspólnego z przygotowaniem żołnierza do walki z użyciem broni palnej, ile na przykład, szkolenie kierowców bez praktycznej nauki jazdy. Nie można nauczyć się strzelać bez strzelania, jak nie można nauczyć się pływać bez pływania.

     Każdy z nas, młodych chłopców. marzył w cywilu, że wreszcie w wojsku będzie miał okazję postrzelać, a także sprawdzić siebie jako „twardego" mężczyznę. Choć w okresie między 1945-50 rokiem, niewielu Polaków miało okazję oglądania nieustraszonych rewolwerowców na amerykańskich westernach, to jednak strzelectwo od dawna było u nas uważane za sport nobilitujący odwagę i bojowość, a także zaspokajający męską... próżność. Niestety, w wojsku ludowym, potencjalnych mistrzów broni palnej spotkał sromotny zawód. Bo jakie zadowolenie może dać żołnierzowi bezczynne leżenie na stanowisku strzeleckim i sennym wzrokiem wpatrywanie się w tarczę strzelecką bez możliwości oddania strzału. Trenowanie strzelectwa „na sucho", bez amunicji, przypominało w swym założeniu dydaktycznym popularną w wojsku „pompkę", czyli ćwiczenie mięśni ramion i barków, które

     nasi przełożeni porównywali do „suchej zaprawy małżeńskiej", dającej przygotowanie do przyszłego pożycia erotycznego. My, kawalerowie, przyjmowaliśmy te wywody „naukowe" z przymrużeniem oka, jako kiepski żart, młodzi żonkosie, wcieleni do woja wprost z małżeńskich pieleszy, traktowali je jako jawną prowokację.

     Na strzelnicy, „trening" strzelecki nadzorował osobiście kapral Mańkowski. Kładł się przy każdym z nas z przyrządem optycznym, umożliwiającym obserwację wytyczonego przez nas (teoretycznego) toru pocisku. Z dużym znawstwem przedmiotu korygował nasze hipotetyczne błędy. Kapral Mańkowski wydawał się całkowicie nieświadomy faktu, iż nawet najdokładniejsze zgranie muszki i szczerbinki z tarczą, nie gwarantowało trafnego strzału w praktyce. To, że żołnierz potrafił oddać teoretycznie celny strzał, wcale nie oznaczało, że mógł zostać strzelcem ..wyborowym, snajperem. Ktoś zapomniał, albo nie chciał pamiętać, o takich „drobiazgach" jak bolesne „kopnięcie" karabinu spowodowane odrzutem, jak huk, czyli uderzenie fali dźwiękowej i jej wpływ na strzelającego. Wreszcie - trema, związana z ewentualnym „pudłem", a właściwie jego skutkami. Oblanie programowego strzelania - tego prawdziwego, a nie teoretycznego - mogło być potraktowane przez dowódców nawet jako sabotaż, a to groziło poważnymi konsekwencjami.

     W czasie ćwiczeń strzeleckich nasi przełożeni dużo uwagi poświęcali „etyce" strzelca ludowego. Żołnierzowi Ludowego Wojska Polskiego nie wolno było nigdy, pod jakimkolwiek pozorem i - nawet dla żartów - kierować lufy swego karabinu na przełożonych nawet gdy ów karabin był „pusty". Na usprawiedliwienie tego zakazu rozpowszechniano apokryficzne historie, według których, każdy karabin przynajmniej raz w roku sam strzela, w najmniej oczekiwanym momencie i bez amunicji. Kiedyś, dla kawału, jeden ze śmiałków, podczas czyszczenia broni, skierował. swój karabin w stronę kaprala Mańkowskiego. Ten zbladł, a następnie dał kawalarzowi taką reprymendę, że ów zapewne zapamiętał ją na całe życie. Bo jak on śmiał - wrzeszczał kapral - straszyć swego dowódcę? A może to nie był żart, tylko wojakowi zaświerzbiała ręka na widok przełożonego? A co będzie, kiedy żołnierz otrzyma ostrą amunicję? Jak się zachowa? Czy nie „odbije" mu przypadkiem? Czy nie odezwą się w nim psychiczne urazy spowodowane nadmiarem żelaznej dyscypliny? Czy nie zechce on dać nauczki swemu prześladowcy? Zapewne wśród rekrutów, wykonujących na rozkaz kaprala Mańkowskiego wyrafinowane „podorywki", było wielu desperatów.

     Nie tylko kapral Mańkowski miał powody do zadowolenia z faktu, że kontakt młodych żołnierzy z ostrą amunicją był sporadyczny i praktycznie wykluczał przywłaszczenie choćby jednego naboju. Wyżsi rangą dowódcy również lękali się o własną skórę. Podczas naszych, raczej incydentalnych, ostrych strzelań, żołnierz musiał rozliczyć się z każdej zużytej łuski karabinowej. Jeśli do magazynu broni wróciło mniej łusek niż wydano naboi, poszukiwania brakujących łusek (a nie daj Boże ostrej amunicji) trwały aż do skutku. Nieraz bywało, że któryś z oddziałów wojska, mając ujemny bilans amunicyjny wracał z ćwiczeń nie na zasłu żony obiad, lecz na mocno spóźnioną kolację. Jestem przekonany, że to nie względy ekonomiczne lecz troska o własne bezpieczeństwo powodowała, że ostre strzelania były ograniczane do niezbędnego minimum. Żołnierz niezadowolony i uzbrojony to wybuchowa mieszanka.

     To teoretyczne strzelanie nużyło wszystkich. Nie tylko żołnierzy, lecz także kaprala Mańkowskiego. Zauważyliśmy, że w czasie ćwiczeń strzeleckich częściej niż zwykle ogłaszał przerwę na papieroska. Na przykład w czasie zajęć taktycznych kapral Mańkowski, choć sam namiętny palacz, „zapominał" o regulaminowych przerwach nawet przez okres kilku godzin, i dopiero złowrogi pomruk palaczy przypominał mu o ich prawach. Nic dziwnego. Podczas kiedy oni czekali na upragnione zaciągnięcie się dymem w czasie przerwy, kapral dyskretnie wypalał swego ulubionego „Sporta" z rękawa. Nauczył się tego procederu będąc jeszcze rekrutem, a udoskonalił w randze kaprala, jako dowódca naszej drużyny, choć było to sprzeczne z Regulaminem LWP. Długi i szeroki rękaw żołnierskiego płaszcza całkowicie osłaniał tlący się papieros. Kapral dyskretnie przybliżał rękaw swego płaszcza do twarzy, zaciągał się dymem i długo przeżuwał go, delektując się jego smakiem. Następnie, dla niepoznaki, twarz przysłaniał szerokim kołnierzem płaszcza i powoli przesączał dym papierosowy przez grube sukno. Tylko bystry obserwator tego nietypowego palenia mógł zauważyć ledwo dostrzegalny obłoczek dymu. Co odważniejsi rekruci również próbowali palić papierosy metodą „z rękawa", kiedy zajęcia programowe się przedłużały, a głód nikotynowy doskwierał. Zwykle w czasie programowych ćwiczeń palacze pojedynczo oddalali się na koniec szeregu lub grupy żołnierzy i bacznie obserwowali dowódcę. Jedna chwila nieuwagi lub nawet ziewnięcie kaprala wystarczało, aby w rękawie palacza rozżarzył się papieros.

     Tu, na strzelnicy kapral Mańkowski był punktualny jak szwajcarski zegarek. Ziewając z nudów, co kilka minut zerkał na swoją ręczną „Pobiedę" i w stosownym czasie, beznamiętnym głosem obwieszczał przerwę zdrowotną na jednego „Sporta". Kiedy palacze korzystali z przerwy, abstynenci tytoniowi musieli kontynuować programowe szkolenie. Kapral Mańkowski uważał bowiem, że odpoczynek dla żołnierza to stracony czas. Albo palenie, albo szkolenie, podkreślał z naciskiem. Ja, jako niepalący, także nie korzystałem z przerw regulaminowych. Nie mogłem być wyjątkiem. Moi koledzy palacze często mnie do palenia zachęcali. Nie mogli zrozumieć, że ktoś, kto otrzymuje bezpłatne papierosy (każdy żołnierz otrzymywał bezpłatnie 10 sztuk papierosów marki „Sport" na każdy dzień służby) nie korzysta z okazji aby sobie „dać w płuco" dymka, a w dodatku poleniuchować przez 10 minut. Najbardziej wścibscy wypytywali mnie, czy kiedykolwiek w swoim życiu paliłem i kiedy ewentualnie rzuciłem palenie. Wszystkim natrętom odpowiadałem - zgodnie z prawdą -że palenie rzuciłem w wieku ośmiu lat. Jako ośmiolatek, „podwędziłem" kiedyś swojemu ojcu paczkę, zawierającą „tylko" 100 szt. papierosów o nazwie stosownej do mojego wieku - ,,Zuchy". Z najlepszym moim kumplem, Staszkiem Martynko, zaszyłiśmy się w pobliskich haszczach i w ciągu zaledwie kilku godzin, wypaliliśmy wszystkie - co do jednego. Choć unikaliśmy „połykania" dymu, to jednak nie uniknęliśmy przykrych dolegliwości. Najpierw ja dostałem gwałtownych torsji, a na mój widok Staszek dołączył do mnie. Rzygaliśmy jak koty. Do domu wróciłem blady i wymizerowany. Miałem straszliwego kaca tytoniowego. Mój ojciec szybko skojarzył brak „Zuchów" z moim stanem fizycznym. Kiedy jako tako wróciłem do normy, dostałem od ojca tęgie baty i to był zarówno początek jak i koniec mojego nałogu tytoniowego. A co uczyniłem z deputatem papierosowym? Wszystkie otrzymane „Sporty" wysyłałem ojcu do Gołdapi, jako spłatę zaciągniętego w dzieciństwie długu.

     Niezależnie od obaw naszych dowódców, ostrego strzelania nie dało się całkowicie wyeliminować. Musiały być zachowane przynajmniej pozory, namiastka strzelania z użyciem ostrej amunicji. Prawdopodobnie dlatego czyniono tak wiele propagandowego hałasu kiedy nadchodził czas prawdziwego strzelania, Zawsze było to wielkie wydarzenie w całym pułku. Z orkiestrą, pluton za plutonem, kompania za kompanią, szliśmy w kierunku pułkowej strzelnicy. Swymi strzeleckimi wynikami mieliśmy potwierdzić gotowość do obrony socjalistycznej Ojczyzny, udowodnić, iż jesteśmy przygotowani za nią walczyć i dla niej zginąć.

     Do dyspozycji mieliśmy cztery naboje: jeden próbny i trzy do oceny. Czuliśmy się jak kandydaci na kierowców, którym po teoretycznej nauce kodeksu drogowego, nie dano możliwości próbnej jazdy. Pierwszy raz posadzony za kółkiem kierowca miał udowodnić czy pojedzie prosto do celu, czy wyląduje na najbliższym drzewie. Podobnie rzecz się miała z naszym pierwszym strzelaniem; jeśli próbny pocisk trafiał w tarczę, to na podstawie analizy balistycznej jego toru, mogliśmy dokonać niezbędnej korekty tak, aby następne pociski trafiły w dziesiątkę. Gorzej było, kiedy próbny pocisk trafiał „Panu Bogu w okno". Wówczas wszelkie spekulacje teoretyczne były bezprzedmiotowe. Tylko ślepy przypadek mógł zadecydować o tym czy strzelanie będzie zaliczone, czy skończy się totalnym fiaskiem. Jak do tego dochodziło? Nasze karabiny, podobnie jak my, były narażone na różnego rodzaju obrażenia zewnętrzne. Karabiny towarzyszyły nam wszędzie: podczas „podorywek" i na skomplikowanych torach przeszkód. Jeden moment nieuwagi i szlag trafiał cały układ celowniczy. Nawet lekkie uderzenie powodowało przemieszczenie muszki lub szczerbinki. Następowało „rozstrojenie" czułego mechanizmu: inny cel widział układ celowniczy a inny lufa karabinu. Człowiek strzela, a Pan Bóg kulę nosi...

     Trzy następne strzały były oceniane przez wysoką komisję, z udziałem czynnika politycznego. Od uzyskanych wyników zależało wiele. Za trzy „dziesiątki" żołnierz mógł otrzymać kilkudniowy urlop. Za trzy „zera" - kilkudniowy areszt. Wziąwszy pod uwagę stan techniczny naszych „kabeków" (większość z nich przemierzyła szlak bojowy od Lenino do Berlina) oraz nasze przygotowanie strzeleckie, łatwiej było zapewne trafić „szóstkę" w Toto-Lotka, niż w „dziesiątkę" na tarczy. Ocenie podlegali nie tylko indywidualni żołnierze, lecz także drużyny, plutony, kompanie, pułki i dywizje. Zbiorcze zestawienia liczb krzyżowały się wzdłuż i wszerz sprawozdań statystycznych wszystkich oddziałów wojska, dając naczelnemu dowództwu obraz wyszkolenia strzeleckiego całej armii. Jeśli wynik był pozytywny - na dowódców spływały awanse i ordery. Jeśli negatywny - na „niedojrzałych" żołnierzy czekały: zaostrzona dyscyplina i zwiększona porcja szkolenia politycznego, gdyż szczególnie temu ostatniemu przypisywano magiczny wpływ na podnoszenie umiejętności bojowych żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego.{mospagebreak}

SZKOLENIE CHEMICZNE

     Przygotowanie żołnierza zasadniczej służby wojskowej do ewentualnego zagrożenia chemicznego rozpoczynało się z chwilą, przekroczenia przez niego bram koszar. Wraz z mundurem, butami i karabinem, otrzymywał on maskę przeciwgazową - nieodłączną towarzyszkę aż do ostatnich dni jego służby. Fakt posiadania maski nie dawał jeszcze żołnierzowi gwarancji bezpieczeństwa. Świeży rekrut musiał dokładnie opanować technikę posługiwania się tym sprzętem. Musiał przyzwyczaić się do maski, a nawet ją polubić. Nie było to łatwe zadanie. Bezpośredni kontakt z maską nie należał do odczuć przyjemnych. Wręcz przeciwnie, cuchnąca guma przylegająca do twarzy mogła spowodować mdłości, zawróty głowy a nawet torsje nie tylko u alergików. Kto z ciekawskich cywili chociaż raz nałożył na siebie wojskową maskę przeciwgazową szybko mógł się przekonać, że nie ma ona nic wspólnego z maską kostiumową na balu przebierańców. Pozbywszy się śmierdzącej gumy zapewne odetchnąłby z ulgą. A nie była to jedyna ujemna cecha maski przeciwgazowej. W poważnym stopniu ograniczała ona słuch i wzrok, co już wystarczało aby wątpić w jej bojową użyteczność. Jednak największą ułomnością maski był jej niemal zgubny wpływ na oddychanie. W znacznym stopniu ograniczała ona dopływ powietrza do płuc. Wąskim gardłem maski był filtr zawierający granulki aktywowego węgla, którego zadaniem było wyłapywanie ze skażonego powietrza toksycznych cząsteczek. Zanim oczyszczone powietrze dotarło do płuc, musiało pokonać opór grubej warstwy węglowego „miału". Do maski - choć z wewnętrznymi oporami - można było się przyzwyczaić, albowiem jak głosi przysłowie: „przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka"... Sztaby wojskowe czyniły wszystko ażeby nam to zadanie ułatwić. W tym celu wymyślono pozorowane ataki chemiczne ogłaszane umownym hasłem: - Pogotowie gazowe... Na dźwięk tych słów albo sygnału trąbki, żołnierz miał obowiązek natychmiastowego nakładania maski i przebywania w niej aż do odwołania chemicznego alarmu. Wprowadzono również „czwartki gazowe". Noszenie masek przeciwgazowych w tym dniu obowiązywało wszystkich: od szeregowego, do dowódcy pułku włącznie. Z tą jedną, małą różnicą, że oficerowie nosili swe maski na ramieniu, w pokrowcach, a podduszeni szeregowcy na swych zmęczonych głowach. To nie miłość do podwładnych powodowała, że nasi przełożeni tak bardzo „dbali" o nasze zdrowie i życie. Była to raczej wyrachowana, cyniczna kalkulacją. W czasie działań wojennych liczył się tylko żołnierz żywy i sprawny fizycznie. Podobnie jak wiele innych wartościowych sprzętów bojowych, tak i żołnierza należało chronić przed unicestwieniem na polu walki.

     Co kilka miesięcy sprawdzano stopień odporności żołnierzy na ewentualny atak chemiczny. W tym celu utrzymywano na terenie koszar specjalną komorę gazową, przystosowaną do ćwiczeń, pozorujących różne warianty zagrożenia gazowego. Ćwiczeniom sprawdzającym były poddawane kilkunastoosobowe grupy żołnierzy. Przyszła też kolej na naszą drużynę. Przed wejściem do komory kapral Mańkowski udzielił nam niezbędnych informacji na temat jak mamy postępować w warunkach zbliżonych do wojny chemicznej, kiedy nie będzie ani czasu, ani możliwości przekazywania dodatkowych wyjaśnień. Wszyscy będziemy w maskach. Konwersacja słowna będzie nierealna. Kapral Mańkowski zadecydował w tej konkretnej sytuacji, i chyba słusznie, że w komorze gazowej będziemy naśladować „pantomimę". Gesty i ruchy będą jedyną formą komunikowania się. Bezwzględnie będziemy musieli powtarzać wszystkie czynności, które on zademonstruje. Weszliśmy do komory, opuszczonej przed chwilą przez naszych poprzedników i nieco tylko przewietrzonej. Wewnątrz wyraźnie wyczuwaliśmy swąd gazu. Moja uwaga skupiła się na stojącej w kącie komory, drewnianej skrzynce, wypełnionej piaskiem i trocinami, oraz ryżowej szczotce służącej do sprzątania nieczystości po żołnierzach, sabotażystach, którzy woleli rzygać niż spokojnie ćwiczyć chemię. Przedmiotem, który nie mógł ujść niczyjej uwadze, był umieszczony pośrodku komory -pojemnik z gazem. Oczy zaczęły nam lekko łzawić. Usiedliśmy dookoła komory na specjalnych ławach. Kapral Mańkowski w towarzystwie pułkowego Gazmajstra zajęli miejsca centralne aby być na widoku wszystkich i aby sprawować dokładną kontrolę nad przebiegiem ćwiczeń. Drzwi od wewnątrz komory zostały zaryglowane. Jeszcze kilka słów instruktażu i...

  - Pogotowie gazowe! — ryknął kapral Mańkowski. W ciągu sekundy nasze maski wtłoczone zostały na głowy. Wyglądaliśmy jak stado bezbronnych słoni z opuszczonymi trąbami. Gazmajster odkęcił kurek pojemnika. Gaz był bezbarwny. Mając na sobie maski nie wyczuwaliśmy jego zapachu, lecz byliśmy świadomi jego obecności. Oczy wlepiliśmy w naszego dowódcę. On, w majestacie swej wyższości, celebrując z przesadną dokładnością poszczególne fazy ćwiczenia, przystąpi do demonstrowania pierwszego zadania: Pozorowało ono uszkodzenie węża gumowego, łączącego maskę właściwą z filtrem powietrza. W tym celu należało - możliwie jak najszybciej - odkręcić śruby łączące uszkodzony wąż z maską oraz filtrem. Po wyeliminowaniu węża, maskę łączyło się bezpośrednio z filtrem. Wszystkie te czynności można było wykonać (przy wstrzymanym oddechu) w ciągu 15 sekund. Maruderom potrzeba było około 30 sekund. Kapral Mańkowski błyskawicznie zdemontował swoją maskę. My wykonaliśmy to ćwiczenie w nieco dłuższym czasie. Na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek. Nawet nasze drużynowe „Zero" uporało się z tym ćwiczeniem. Następny „problem" był znacznie poważniejszy. Musieliśmy pozbyć się przestrzelonej maski właściwej i przejść na oddychanie bezpośrednie, przez filtr. Aby wykonać to ćwiczenie należało oddzielić filtr od maski, zerwać z głowy maskę i ustami uchwycić wylot filtru. Po czym, przy zamkniętych szczelnie powiekach, należało palcami wolnej ręki zacisnąć nos, aby gaz nie przepływał przez nozdrza do płuc. Aby to ćwiczenie zostało zaliczone trzeba było przetrwać bez maski przez okres około 60 sekund. Po odliczeniu tego czasu na oko, żołnierz mógł przystąpić do ponownego przywrócenia swojej masce pierwotnej funkcji. Kapral Mańkowski i tym razem wykonał pokazowe ćwiczenie bezbłędnie. W ciągu zaledwie kilku sekund „rozbroił" swą maskę i zaczął oddychać przez filtr. Czynił to tak swobodnie, jakby komorę wypełniał nie duszący gaz, lecz jaśminowe powietrze. Po upływie wyznaczonego czasu, zręcznymi ruchami przywrócił swojej masce pierwotny kształt i nałożył ją na głowę. Obserwowaliśmy naszego dowódcę z nieukrywanym podziwem. Kapral Mańkowski po tej wyczerpującej pokazówce wykonał głęboki oddech i machnął ręką na znak, ż teraz nadeszła nasza kolej. W tym momencie powstał niesamowity harmider. Maski fruwały nad naszymi głowami. Słychać było zgrzytanie zębów o metalowe łącza filtrów. Całej operacji towarzyszył jęk i bluźnierstwa. Na szczęście, nie mogliśmy obserwować naszych pożałowania godnych zachowań, bo mieliśmy zamknięte oczy. Nie widzieliśmy też reakcji naszych przełożonych. To ćwiczenie okazało się znacznie trudniejsze niż się nam wydawało. Większość z nas wykonała je z trudem, na pograniczu wytrzymałości naszych płuc. Biada maruderom, którym nie udało się zaliczyć ćwiczenia na jednym oddechu i postanowili ratować się „pożyczką" skażonego powietrza. Efekt był tragiczny. Największemu wrogowi nie życzę - jeśli wrogowi na wojnie można życzyć dobrze - zachłyśnięcia się gazem. Choć nie był to gaz bojowy, jego skutki były porażające. Delikwent zaczynał rzęzić, kaszleć i charczeć; z ust toczył pianę, z nosa mu się lało, a nawet wymiotował. Widok był okropny. Gazmajster na podobne przypadki reagował ze stoickim spokojem: - „Od tego jeszcze nikt nie umarł" - mawiał zwykle na zakończenie ćwiczeń, ale na wszelki wypadek „zatrutego" żołnierza wyrzucał bez pardonu za drzwi komory gazowej. Nie oznaczało to wcale, że żołnierzowi się upiekło. Przeciwnie. Po opuszczeniu komory ponownie stał w kolejce - z inną grupą - do powtórki z chemii. I tak aż do skutku. Podobny los spotkał naszego kolegę, wiecznego pechowca, podczas realizacji drugiego wariantu ćwiczeń. Ile razy on podchodził do zaliczenia egzaminu chemicznego tego nie wiemy albowiem wszyscy, którzy pomyślnie przeszli przez makabryczną próbę z gazem, powrócili do koszar. Wśród nich byłem także ja.{mospagebreak}

SŁUŻBA WARTOWNICZA?

     Znaczącym elementem w kształtowaniu charakteru żołnierza zasadniczej służby wojskowej była służba wartownicza. To dzięki niej żołnierz pozbywał się balastu dziecięcych lęków, przyniesionych z cywila. Podczas warty strach nie mógł mieć „wielkich oczu", albowiem, jak nas przekonywano, to nie strachy stanowiły zagrożenie dla wartownika lecz źli ludzie - dywersanci albo zwykli głupole. I jedni i drudzy byli niebezpieczni. Mogli spowodować nieobliczalne w skutkach konsekwencje. Żołnierz na warcie nie miał czasu na analizę zaistniałych faktów. Jak saper, który „myli się tylko raz", tak i wartownik przy braku szybkiej decyzji, swą chwiejną postawę mógł przypłacić życiem. Wprawdzie inne prawa rządziły służbami wartowniczymi w czasie wojny, a inne w warunkach pokojowych, ale na ile mógł czuć się bezpiecznie wartownik w roku 1952, zaledwie kilka lat po straszliwej wojnie? Nikt z nas, wartowników, a zwłaszcza strzegących obiektów strategicznych, nie był wolny od obaw o własne życie. Krążyły wśród żołnierzy - podsycane wyobraźnią - różne plotki o rzekomo grasujących w okolicznych lasach niedobitkach Wehrmachtu. Choć zapewne nikt ich nie widział, to jednak taka „informacja" podrzucona początkującemu żołnierzowi udającemu się na nocną zmianę warty, powodowała uzasadnione dreszcze lęku.

     Każdy statystyczny wojak zasadniczej służby wojskowej pełnił wartę w macierzystej jednostce przynajmniej raz w miesiącu. Ciągłej ochronie podlegały bowiem wszystkie obiekty wojskowe - od biura przepustek, poprzez pralnie, szwalnie i sralnie, aż do obiektów strategicznych włącznie. Do najbardziej uciążliwych wart zaliczały się naturalnie te, pełnione nocą, przy silnych mrozach, zamieciach śnieżnych lub ulewnych deszczach.

     Zapamiętałem dwa epizody z mojej służby wartowniczej. Pierwsza moja warta wypadła zimą, w niewyobrażalną zamieć śnieżną, szalejącą przy - co się rzadko zdarza - dość niskiej temperaturze. Zimno przenikało do szpiku kości. Drobniutkie kryształki lodowatego śniegu boleśnie biczowały powieki, wdzierały się do oczu utrudniając obserwację terenu. Śnieg wciskał się wszędzie: do uszu, w nozdrza, za kołnierz, a nawet we włosy ukryte pod hełmem. Wilgotne od potu onuce nie chroniły nóg przed chłodem. Moim jedynym schronieniem była budka wartownicza, swym kształtem przypominająca czółno rybackie postawione na sztorc. We wszystkich zakamarkach i szczelinach tego mizernego przybytku gwizdał wiatr, niczym w piszczałkach dziwacznych organów. Była północ. Moja zmiana warty miała jeszcze trwać całą wieczność - do drugiej nad ranem.

     Pełniłem wartę przy obiekcie zaliczanym do strategicznych. Napięcie powodowane odpowiedzialnością za strzeżony obiekt oraz obawa o własne życie, wykluczało samą myśl o ewentualnej drzemce. Bez przerwy wpatrywałem się w śnieżną dal, szukając oznak domniemanego zagrożenia. Z nerwami napiętymi do granic wytrzymałości, z duszą na ramieniu byłem gotów stanąć do walki w obronie powierzonego mi odcinka, z użyciem broni palnej włącznie. Mój karabin, zaciśnięty w zdrętwiałych rękach był gotów do strzału w każdej chwili. W pewnym momencie usłyszałem podejrzane szmery. Mocniej ścisnąłem broń. Może to zmiana warty - pomyślałem. Na wszelki wypadek krzyknąłem:

  - Stój ! Kto idzie? Podaj Hasło!... Zamiast odpowiedzi usłyszałem dziwne chrząknięcie i gwałtowny tętent. Nie znajduję słów na opisanie stanu moich nerwów w tej zaskakującej sytuacji. Krew uderzyła mi do głowy i nie jestem pewien jak bym się dalej zachował, gdyby się nie okazało, że moim przerażającym przeciwnikiem był w miarę dobroduszny dzik, poszukujący żarcia. Uświadomiłem sobie, że w pobliżu strzeżonego przeze mnie obiektu był zlokalizowany magazyn żywnościowy. Żołnierze transportujący na wozach ziemniaki do garnizonowej kuchni, często gubili po drodze część ładunku, co przyciągnęło wygłodniałe dziki.

     Innym razem, także zimą, pełniłem wartę przy pułkowej pralni położonej nad brzegiem jeziora Juno. Z uwagi na zbyt dużą odległość od wartowni, żołnierze po skończonej warcie nie wracali do koszar, lecz pozostawali na miejscu, gdzie wypoczywali między kolejnymi zmianami. Każdy z naszej trzyosobowej drużyny przez dwie godziny wartował, później dwie godziny czuwał, po czym tyleż spał. Co sześć godzin cykl się powtarzał. O godzinie drugiej w nocy zakończyłem swoją zmianę i powróciłem do pralni spełniającej rolę wartowni. Wewnątrz było gorąco i parno. W powietrzu unosił się niesamowity odór, przyprawiający o mdłości - mieszanina ludzkiego potu z „zapachem'' zgniłych ryb. Smary, które w owym czasie używało wojsko do czyszczenia i konserwacji obuwia, stanowiły mieszaninę rybiego tłuszczu z sadzą. Ten, skądinąd pożyteczny preparat przenikał przez skórę trzewików do onuc i nóg. Przepocone i przesiąknięte tranem onuce trafiały do pralni na „przepierkę", gdzie w stalowych kadziach były poddawane termicznej obróbce, przyśpieszającej proces usuwania brudu. W latach powojennych wojsko nie znało jeszcze takich udogodnień jak elektryczne pralki (nawet tych prymitywnych, typu „Frania") czy proszków, które „same piorą". Funkcję pralki spełniały kobiety zaangażowane przez wojsko, wyposażone w drewniane kijanki i blaszane tarki. Zamiast proszków używano szarego mydła. Podejrzewam, że lwia część tranu, napływającego do Polski po wojnie z zachodu w ramach darów UNRRA, trafiała nie do wynędzniałych, krzywicznych dzieci, lecz producentów smarów, na użytek wojska. Ten specyficzny, rybi zapach towarzyszył nam wszędzie: na stołówce, w żołnierskich izbach, w salach wykładowych. Wyczuwany był także poza koszarami, w poczekalniach dworcowych, w wagonach kolejowych, a nawet w kinach, jeśli na widowni przebywali żołnierze zasadniczej służby wojskowej, bo tylko oni używali tych smarowideł. Smrodek był wszędobylski. Nawet po przemarszu ulicami miasta oddziału wojska czuć było w powietrzu jego obecność. Stąd zapewne wzięło się powiedzenie, że „coś - ciągnie się jak smród za wojskiem"... To były ujemne cechy smaru „a la dorsz". Były wszakże i plusy. Dzięki niemu żołnierskie kamasze stawały się bardziej elastyczne. Dużym plusem były też niewątpliwie jego doskonałe właściwości konserwujące. Bez tego „wonnego" specyfiku nasze buty prawdopodobnie nie przetrwałyby nawet kilku tygodni, a musiały wystarczyć na lata nie tylko nam, lecz także naszym następcom. Smar rybi nie był jednak magicznym panaceum na żywotność żołnierskich butów. Nie chronił ich przed naturalnym ścieraniem w skutek intensywnej eksploatacji. Żołnierskie buty „odpoczywały" tylko osiem godzin na dobę, kiedy ich właściciel spał w łóżku. Przez pozostałe szesnaście godzin „pracowały" niemiłosiernie - na ćwiczeniach musztry, na „podorywkach", na torach przeszkód, wszędzie tam, gdzie żołnierz uwijał się w swych nieodłącznych kamaszach. Najbardziej zagrożoną częścią butów były naturalnie, podeszwy i obcasy. One miały bezpośredni kontakt z surową matką - ziemią. A ziemia to nie tylko idylliczne zielone pola i łąki. W naszym przypadku były to przede wszystkim ścierniska, kamieniste drogi i betonowe nawierzchnie ulic, działające na zelówki jak szewski „raszpel". Ten, kto wynalazł metodę zabezpieczania żołnierskich butów przed nieuchronnym, przyśpieszonym niszczeniem, winien był otrzymać nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Tymi „buforami" były żelazne gwoździe o specyficznym kształcie, wbijane gęsto, jeden obok drugiego w zelówki. Ale i one, po krótkim czasie eksploatacji zużywały się i musiały być wymieniane na nowe. W porównaniu z kosztami wymiany całych butów, były to jednak minimalne wydatki armii, wziąwszy pod uwagę fakt, że wszystkie czynności remontowe należały do użytkowników butów. W tym celu każda kompania była wyposażona we własny, samoobsługowy warsztat szewski. Ze zużytymi gwoździami postępowaliśmy jak dentysta z zepsutymi zębami. Wyrywaliśmy je cęgami z podeszwy i na ich miejsce wbijaliśmy nowe. Co kilka dni kapral Mańkowski podczas porannego apelu sprawdzał stan techniczny naszego chodakowego „uzębienia". Stojąc w szeregu, na komendę: „lewa noga w górę... prawa noga w górę..." unosiliśmy nasze dolne kończyny jak koń w kuźni przed kowalem. Biada temu, komu brakowało choćby jednego gwoździa, lub gwoździe były nadmiernie zużyte. Podorywka - murowana. Proszę wybaczyć tę nieco przydługą dygresję, ale tylko, pozornie błahe, detale pozwalają odtworzyć niepowtarzalny klimat ówczesnego wojska polskiego. Jak już wcześniej wspomniałem, po nocnej warcie, o godzinie drugiej w nocy udałem się do pralni na czuwanie. Karabin postawiłem w kącie pomieszczenia. Byłem zziębnięty, podobnie jak moja broń. Skierowałem się w stronę ławy-pryczy, przeznaczonej na miejsce odpoczynku wartowników. Była wąska, a w dodatku zajęta przez śpiącego żołnierza, który za dwie godziny miał rozpocząć swoją wartę. Jego niedbała poza nijak nie pozwalała na „dokwaterowanie" obok niego mojej szczupłej sylwetki, ale on miał pierwszeństwo do takiego komfortu. Wolno mu było spać podczas gdy moim obowiązkiem było czuwanie. Moje nerwy puściły. Kilka szturchańców i, na odczepnego, byle pozbyć się natręta, mój współlokator przewrócił swoje umęczone ciało na bok i przywarł twarzą do ściany. Skwapliwie wykorzystałem ten moment i własnymi plecami przylgnąłem do jego pleców. Natychmiast zasnąłem.

     Około godziny szóstej rano zbudził mnie donośny głos. Na moje nieszczęście dowódca warty postanowił zlustrować naszą placówkę o tak wczesnej porze. Wyrwany ze snu stanąłem na baczność nie bardzo wiedząc co się wokoło działo. Oficer (którego twarzy ani stopnia dziś już nie pamiętam) właśnie wchodził do pralni. Uderzony dławiącym odorem, szybkim ruchem sięgną po chusteczkę i zasłonił sobie nos. Po czym rozejrzał się wokoło i podszedł do kąta, gdzie stał mój karabin. Coś go wyraźnie zainteresowało. Przyjrzał się uważni karabinowi i, sycząc wycedził pogardliwie: - Czyj a to broń??? Podążając wzrokiem za oficerskim palcem ku mrocznej części pralni ujrzałem coś, co absolutnie nie przypominało mojego lśniącego karabinu. Bardziej przypominało to „coś" zardzewiałą rurę klozetową. To jakiś głupi kawał - pomyślałem z rozpaczą. Zapewne któryś z moich, zmienników przygotował mi ten karygodny dowcip. Za utratę broni - w tamtych latach - żołnierza czekał sąd wojenny. Podbiegłem do kąta zdesperowany i chwyciłem w rękę rdzawe żelaztwo. Jeden rzut oka na numer fabryczny i głęboka ulga. Był to jednak mój karabin, choć tak brutalnie oszpecony przez rdzę. Wszystko stało się jasne. Gorące, nasycone parą wodną powietrze, przy zetknięciu z zimnym metalem spowodowało natychmiastową jego korozję. Był to normalny - oczywiście przyśpieszony - proces utleniania zewnętrznych cząstek żelaza. Gdybym nie uległ pokusie snu, mogłem temu zapobiec nieustannie czyszcząc suchymi szmatami „pot", który uporczywie osadzał się na stalowych częściach broni aż do chwili wyrównania różnic termicznych między moim „kabekiem" i powietrzem wewnątrz pralni. Nie uczyniłem tego i to był mój błąd. Dowódca warty bez zbędnego komentarza rzekł:

  - Pięć dni aresztu...

     Nim dobiegła końca moja służba wartownicza w pralni i zanim powróciłem do koszar, kapral Mańkowski czekał już na mnie w asyście dwóch uzbrojonych wartowników, specjalnie ściągniętych z wartowni. Mogli to być moi niedawni współtowarzysze warty.

  - Szeregowy Rynkiewicz! - Krzyknął kapral Mańkowski - oddajcie swoją broń dyżurnemu kompanii i chodźcie ze mną. Nie powiedział dokąd. Widocznie chciał mi zrobić „przyjemną" niespodziankę. Szliśmy w milczeniu. Na czele kapral Mańkowski, za nim aresztant czyli ja, a korowód zamykali dwaj wartownicy. Był późny wieczór. Przyjął nas ozięble dyżurny aresztu pułkowego. Widocznie potraktował nas jak intruzów zakłócających jego błogi spokój w tym odosobnionym przybytku. Kapral Mańkowski złożył krótki raport o doprowadzeniu żołnierza w celu odbycia pięciodniowej kary. Ten fakt został odnotowany w księdze tutejszego aresztu. Odebrano mi pas i sznurowadła. Szczęk rygla i... już jestem w celi.

     Zastałem w niej śpiącego na zawieszonej na zawiasach i zamykanej na dzień, na kłódkę pryczy, pijanego żołnierza. Wydzielał z siebie tak intensywny zapach alkoholu, jakby się w nim przed chwilą wykąpał. Mój sublokator prawdopodobnie popił sobie zdrowo na mieście i za to trafił do aresztu. Jak się wkrótce okazało, nie pierwszy raz był bywalcem tego zacisznego „kurortu”. Z racji pełnionej przez siebie funkcji pomocnika zaopatrzeniowca żywnościowego, wspólnie ze swym szefem dokonywał transakcji handlowych i często je „oblewał" w rzeźni, piekarni i innych placówkach handlowych Mrągowa. Choć nasza jednostka wojskowa była w znacznym stopniu samowystarczalna pod względem aprowizacyjnym, (własna hodowla trzody chlewnej, własne uprawy polowe), to jednak zdecydowana większość produktów spożywczych pochodziła z miejscowego handlu uspołecznionego - „GS" i „PSS". W Mrągowie istniały wydzielone sklepy i hurtownie dostarczające towary dla wojska według rozdzielnika ilościowego i asortymentowego. Z rozliczeniem (bezgotówkowym) różnie bywało. Każdy chciał żyć, każdy chciał uszczknąć coś dla siebie. Za wspólnie wypitą gorzałę na koszt magazyniera „miastowego" wojskowy zaopatrzeniowiec często przymykał oczy na mocno oskubaną wagę lub niższy gatunek towaru. Kiedy wojskowy zaopatrzeniowiec chciał załatwić lepsze wędliny zaprzyjaźnionemu oficerowi, wówczas on stawał się fundatorem biesiady. Kontakty handlowe między wojskiem i cywilnym handlem uspołecznionym to temat jak rzeka.

     Kiedy zaopatrzeniowiec wraz ze swym pomocnikiem wracali do koszar podcięci, musieli się liczyć z konsekwencjami. Zwykle wystarczało pęto kiełbasy aby wartownik przymknął oczy na pijanych facetów. Gorzej było, kiedy natknęli się na oficera - nadgorliwca. Libacje handlowe kończyły się wówczas kozą. Oczywiście wyłącznie w przypadku żołnierza czynnej służby, a nie jego szefa, zawodowca. Oficerów i podoficerów zawodowych nie obowiązywała żadna prohibicja, nawet na terenie koszar, a tym bardziej nie dotyczyła ona tak wpływowego funkcjonariusza jakim był niewątpliwie zaopatrzeniowiec żywnościowy - etat niemal strategiczny.

     Już następnego dnia, tuż po pobudce, pojawił się w areszcie zaopatrzeniowiec aby odebrać swój depozyt. Tym depozytem był oczywiście jego pomocnik. Jak się okazało, areszt był swego rodzaju izbą wytrzeźwień funkcyjnych żołnierzy zasadniczej służby wojskowej, którzy pomimo skłonności alkoholowych byli potrzebni jednostce do czarnej roboty. W areszcie mogli oni przetrwać okres swego zamroczenia alkoholowego, przy tym nie demoralizując innych żołnierzy. Mojego niedawnego współlokatora czekał kolejny „ciężki dzień handlowy”.

     Początkowo trudno mi było pogodzić się z losem skazańca. Idąc do wojska nigdy nie wyobrażałem siebie w takiej roli. Jednak już po kilku dniach odsiadki doszedłem do wniosku, że wszystko jest dla ludzi. Także areszt. Pod wpływem głębokich refleksji nie tylko zmieniłem mój stosunek do aresztu, ale nawet go polubiłem. Wreszcie byłem wolny. Wolny od ordynarnych wyzwisk, od nonsensownych rozkazów kaprala i od uciążliwej, codziennej gimnastyki na dziedzińcu koszarowym w dwudziestostopniowym mrozie, bez koszuli. Od „podorywek", od ogłupiających wykładów politycznych. Jedzenie, choć gorsze niż na „wolności", było dostarczane regularnie o określonej porze. A ponadto, żadnego wysiłku fizycznego. Jedyną uciążliwością aresztanta było paradowanie w eskorcie wartowników, bez pasa i sznurówek z miotłą, na oczach kolegów i dowódców. To pierwsze zaliczenie aresztu było potrzebne. Pozwalało ono ujrzeć w innym świetle smutne realia mojej koszarowej codzienności.{mospagebreak}

ZOSTAJĘ RACHMISTRZEM

     Opisany przeze mnie zbiór ćwiczeń i wykładów nie wyczerpuje zapewne całego programu szkolenia w Ludowym Wojsku Polskim w latach 1951-53. Po ponad czterech dekadach ulotniło się z mojej pamięci wiele drobnych ogniw, łączących się w całokształt obrazu naszego wojska w tamtych ponurych latach. Na skutek naturalnej selektywności ludzkiej pamięci, eliminującej zbędny balast zalewających nas zewsząd impulsów informacyjnych dziś na przykład nie jestem w stanie nic, albo prawie nic powiedzieć na temat musztry, do której każda armia tradycyjnie przywiązuje ogromne znaczenie. Moja opinia na temat musztry nie uległa zmianie od czasu mojej służby w LWP. Uważałem i nadal uważam, że jest to bezcelowa tresura, bezmyślne tłuczenie nogami w betonowe klepisko, połączone z równie ogłupiającą rutyną mechanicznie powtarzanych czynności. Mniej istotne są tu walory kształcące musztry, niż efekt widowiskowy, gdyż musztra jest niejako wizytówką armii na użytek społeczeństwa cywilnego - pokazem subordynacji. Bo czy możemy dziś wyobrazić sobie wielkie, narodowe uroczystości bez równo maszerujących oddziałów wojska? A jak wyglądałyby capstrzyki, uroczyste zmiany warty przed miejscami pamięci narodowej, czy choćby powitania w kraju obcych dygnitarzy państwowych? Jak zostałaby przyjęta przez tatusia i mamusię uroczysta przysięga ich syna, kończąca stan rekrucki w macierzystej jednostce wojskowej, gdyby on nie olśnił ich sprężystym krokiem i strzelistą sylwetką? Dowództwo wojskowe czyniło wszystko, aby w pamięci rodziców pozostała na zawsze ta widowiskowa część żołnierskiej służby. Inne, mniej atrakcyjne fragmenty życia żołnierza były chronione ścisłą, wojskową tajemnicą. Jak w piosence:„żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie..." Za zdradę tajemnicy wojskowej w latach 50-tych, żołnierzowi groził sąd wojenny.

     Tak, od przygody do przygody płynęło nasze żołnierskie życie. Mniej więcej pół roku trwały wysiłki moich przełożonych, aby - zgodnie z programem partii i rządu - moje cywilne „ja", przekształciło się w świadomego swych zadań obrońcę socjalistycznej Ojczyzny. Pierwsze skrzypce w tej „edukacji" grał oczywiście dowódca naszej drużyny - kapral Mańkowski. Ów gorliwy wojak nie ukończył w cywilu żadnych szkół. Ufnie zawierzył plakatowym obietnicom Ludowego Wojska Polskiego, że: „nie matura, lecz chęć szczera..." i choć dotychczas dorobił się zaledwie kaprala, nie jest wykluczone, że temu 23-letniemu bohaterowi śniła się po nocach buława marszałkowska. Kapral Mańkowski był przeświadczony, że wszystkie akademie i uniwersytety razem wzięte, w tym także uczelnie wojskowe, nie są zdolne ukształtować ideologicznie polskiego żołnierza tak skutecznie, jak czynią to okolicznościowe akademie, zwłaszcza 1 -majowe i te ku czci Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. W sytuacjach, kiedy np. jego podkomendni mieli trudności z udowodnieniem wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, kapral Mańkowski -wbrew logice - promieniał ze szczęścia. Oto on, prosty syn ludu pracującego, bez żadnego wykształcenia, swą wiedzą bojową i polityczną górował nad niejednym analfabetą po szkole średniej, a nawet wyższej. Z lubością wówczas powtarzał: -„Tu nie uniwersytet, tu trzeba myśleć”...

     Kiedy wszystkie oficjalne przesłanki dotyczące szkolenia bojowego i politycznego wskazywały na to, że cel moich przełożonych wkrótce zostanie uwieńczony sukcesem, tok owej edukacji został nagle przerwany. Był to pamiętny dla mnie czwartek gazowy. Właśnie stałem na dziedzińcu koszarowym razem z podobnie jak ja zamaskowanymi współtowarzy szami. Oczekiwaliśmy wymarszu na „ulubione" ćwiczenia taktyczne, kiedy stanął przed nami niski i krępy oficer w randze porucznika. Chwilę dyskutował z naszym dowódcą plutonu, chorążym S. Nie słyszeliśmy rozmowy. Szczelność masek ograniczała słyszenie. Zauważyliśmy, że chorąży Ś. był podniecony. Stał tyłem do nas. W pewnym momencie gwałtownie się odwrócił i krzyknął:

  - Szeregowy Rynkiewicz! - Wystąp!!!

     Nogi ugięły się pode mną. Zostałem porażony niemocą, niczym żaba na widok zaskrońca. Kompania Wartownicza, albo kopalnia węgla - przemknęło mi przez myśl jak błyskawica. Byłem już świadkiem karnej zsyłki moich kolegów z rocznika, bez żadnych konkretnych powodów.

  - Rozkaz! - Wyksztusiłem z wysiłkiem przy zaciśniętej krtani. Wystąpiłem z dwuszeregu chwiejnym krokiem. Zanim ochłonąłem z wrażenia, dowódca plutonu podał komendę:

  - W prawo zwrot, naprzód marsz!... i oddział ruszył przed siebie. Bez wyjaśnień, bez słowa pożegnania, mój dotychczasowy przełożony pozostawił mnie na placu koszarowym jak zbędny przedmiot. Z bagażem czarnych myśli zostałem sam na sam z nieznanym mi oficerem. Stałem w milczeniu. On zaczął pierwszy:

  - W cywilu pracowaliście w banku? - Zagadnął; Nie czekając na moją odpowiedź zadecydował:

  - Od dziś podlegacie wyłącznie mnie. Jestem oficerem finansowym pułku, a wy będziecie moim rachmistrzem... - Pisarzem finansowym - sprostował - rachmistrzem może być wyłącznie podoficer zawodowy, ale i tak wszystko wychodzi na to samo - dodał.

     Może zabrzmi to niezbyt heroicznie, ale z ogromną ulgą odebrałem tę wiadomość. Zmieniała ona cały mój dotychczasowy status: z żołnierza - nominalnego obrońcy socjalistycznej Ojczyzny - na wojaka „gryzipiórka". Wolałem to drugie. Praca, a właściwie służba pisarza finansowego była żmudna i jednostajna: sporządzanie raportów kasowych, list płac oficerskich, księgowanie przychodów i wydatków, wypełnianie czeków i przelewów etc. Ponadto, wiele czasu poświęcałem wysyłce obligacji Narodowej Pożyczki Rozwoju Sił Polski (NPRSP) do byłych żołnierzy jednostki. W czasie czynnej służby w latach 1949-51, żołnierze ci przekazali „dobrowolnie" swe skromne żołdy na tę „pożyczkę", podobnie jak ja uczyniłem w cywilu z częścią swojej pensji. Zanim władza ludowa wydrukowała obligacje, ja trafiłem do wojska, a oni do cywila. W owym czasie wszyscy pracownicy państwowi i spółdzielczy - a tacy stanowili wówczas 99,9% „świata pracy" - deklarowali „dobrowolnie" około 30% miesięcznej pensji na „pożyczkę", która miała zapewnić rozwój kraju i wzmocnić żywotne siły Polski. Jaka była skuteczność tej pożyczki udzielonej komunistom przez naród polski mogliśmy się przekonać w niedługim czasie, w 1956 r. podczas pierwszego w dziejach PRL buntu, określanego „wypadkami poznańskimi". Ci sami ludzie, którzy świadczyli pomoc pieniężną na NPRSP wyszli na ulicę, żądając nie tylko wolności lecz także chleba.

     Z autopsji pamiętam „dobrowolność" tamtej pożyczki. Pracowałem wówczas na stażu w Narodowym Banku Polskim w Gołdapi. Był rok 1951. Zarządzał naszym bankiem dyrektor z awansu społecznego, towarzysz B. przeniesiony na to stanowisko z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Ogłoszenie NPRSP zbiegło się z wypłatą miesięcznych pensji. Zarabialiśmy niewiele. Swoje skromne pobory przeznaczyłem w owym miesiącu na zakup nowych butów. Od dawna wypatrzyłem je sobie w miejscowym sklepie i wielokrotnie przymierzałem. Już wyobrażałem sobie, kiedy w tych butach pojawię się na zabawie „ludowej'. Więc chociaż kosztowały tyle, ile wynosiła moja urzędnicza pensja, zdecydowany byłem spełnić swoją zachciankę. Mogłem ostatecznie pozwolić sobie na ten „zbytek". Wszak nie codziennie kupuje się buty.

     Stałym zwyczajem naszego dyrektora było osobiste wypłacanie pensji pracowniczych. Zastanawialiśmy się dlaczego on, a nie kasjerka? Być może chciał podkreślić kto jest naszym chlebodawcą? A może chciał lepiej poznać pracę bankową, dla której nie miał zbyt wiele czasu, ponieważ każdego dnia musiał wychodzić z banku na kilka godzin do Komitetu Powiatowego PZPR. Już o godzinie dwunastej stawał w drzwiach swego gabinetu przylegającego do dużej sali bankowej, na której stały nasze biurka i wołał tubalnym głosem:

  - Dawajcie do podpisu te wasze papiery, bo wychodzę do Komitetu...

     Przed wypłatą owej pamiętnej pensji najpierw zapoznał nas z odezwą Partii do narodu polskiego o wsparcie „pożyczki" NPRSP, uzupełniając ją własnym komentarzem. Przekonywał nas „kulturalnie", że obowiązkiem każdego uczciwego Polaka jest maksymalne, czyli 30-procentowe wsparcie tej „pożyczki". Zmarkotnieliśmy na te słowa. Było jasne, że będziemy musieli pożegnać się z trzecią częścią naszych zarobków. Staliśmy przy biurku dyrektora w minorowym nastroju. Dyrektor B. najpierw obserwował nas ze stoickim spokojem, a po chwili walnął pięścią w dębowy blat biurka i ryknął jak rozjuszone zwierzę:

  - Nie opierdalać się tylko płacić!!!

     Po takiej zachęcie nie mieliśmy wyboru. Na „pożyczkę” poszło 30% naszych poborów, a zakup wymarzonych butów oddalił się w niesprecyzowaną przyszłość.

     Przypomniałem sobie tamte wydarzenia kiedy jako pisarz finansowy w mrągowskiej jednostce musiałem wysyłać kilkaset listów z obligacjami NPSRP do ich właścicieli rozproszonych po całej Polsce. Bóg jeden raczy wiedzieć ile z nich dotarło do adresatów. Adresy były niekompletne a listy wysyłano zwykłą pocztą. Tak czy inaczej, potencjalni adresaci nie stracili wiele. Narodowa Pożyczka Rozwoju Sił Polski była, jak wiadomo, jednym, wielkim finansowym oszustwem ówczesnego rządu. Twórcy tego wyrafinowanego „cudu” przewidzieli aż 15-letni okres zwrotu tej pożyczki. Inflacja w tym czasie przekroczyla 1000%. W dniu udzielania pożyczki, za przekazaną kwotę obywatel PRL mógł kupić parę przeciętnych butów, natomiast po 15 latach za tę samą kwotę – sznurówki. Podobnym krętactwem była także wymiana pieniędzy w roku 1950. Niby nikt na tej wymianie nie tracił, albowiem za 100 starych złotych bank wypłacał 1 złotówkę nową. Ten przelicznik dotyczyl jednak wyłącznie oszczędności złożonych w PKO. Ci ciułacze, którzy odkładali swe oszczędności do pończochy lub babcinej szafy, wymieniając je na nowe pieniądze tracili dwie trzeci ich faktycznej wartości. Władz ludowa motywowała ten proceder tym, że prawdziwi Polacy przechowują swoje oszczędności w PKO, a wszelkie inne oszczędności są spekulacyjne i jako takie podlegają konfiskacie w wysokości 66,6%. Tak w okresie wczesnego PRL-u socjalistyczna sprawiedliwość.

     Mój dzień roboczy na etacie wojskowego rachmistrza trwał około 10-12 godzin. Mimo to, w nowej roli czułem się jak panisko. To był faktyczny luksus. Miałem stała, przepustka choć nie miałem czasu na korzystanie z jej dobrodziejstwa. Maskę przeciwgazową nosiłem na ramieniu jak jakiś ważniak, aczkolwiek tylko w mojej kancelarii. Co więcej, mogłem świadomie ignorować na ulicy kaprala Mańkowskiego, nie oddając mu należnych honorów, i co najważniejsze, nie ponosiłem z tego tytułu żadnych konsekwencji. Na moje ostentacyjne lekceważenie jego stopnia wojskowego (on -kapral, ja - starszy szeregowy) zgrzytał ze złości zębami i rzucał ciężkie spojrzenia. A ja nic, idę sobie pogwizdując nonszalancko, z rękami zanurzonymi po łokcie w kieszeniach spodni - w celu podkreślenia mojego lekceważącego stosunku wobec kaprala - z głową przesadnie uniesioną wysoko obserwowałem niejako „z lotu ptaka" reakcje mojego niedawnego dowódcy drużyny. W innej sytuacji byłaby paka i stek najobrzydliwszych słów, zaczerpniętych z kuchennej „łaciny", ale chronił mnie mój rachmistrzowski immunitet.

     Następnym plusem mojego nowego statusu było zwolnienie z obozu letniego w Muszakach, cieszącego się nienajlepszą sławą wśród „skautów" zasadniczej służby wojskowej. Surowe warunki obozowe, zwiększona częstotliwość ćwiczeń taktycznych - w tym dywizyjnych - z udziałem różnych rodzajów broni, nie gwarantowały żołnierzom zbyt wiele wolnego czasu na relaks. Zasadą było, że wszystkie rodzaje służb sztabowych wyjeżdżały na ten obóz, razem z wojskiem. O moim pozostaniu w koszarach zadecydowały chyba inne względy niż merytoryczne. Kilku oficerów sztabowych, oczywiście każdy z osobna i w pełnej „dyskrecji" - zobowiązało mnie do „dozoru" ich mienia prywatnego. Sądziłem, że całe rodziny wyjechały na obozowisko razem z oficerami. W takiej sytuacji ich mieszkania rzeczywiście mogły paść łupem rabusiów. Już po pierwszym „obchodzie" stwierdziłem jednakowoż, że są one zamieszkałe przez prawowite lokatorki, czyli małżonki wyżej wymienionych oficerów. Dałem więc spokój obchodom i mojej roli detektywa-amatora. Kiedy obóz w Muszakach dobiegł końca i słomiani wdowcy powrócili na łono małżeńskie, tylko jeden z moich „zleceniodawców" próbował wysondować ode mnie informacje na temat ewentualnego zagrożenia jego posiadłości. Forma stawianych pytań nie budziła żadnych wątpliwości, o co chodzi. Z pewnością dotyczyły one nie dóbr materialnych, lecz wdzięków szanownej małżonki. Mojego rozmówcę solennie zapewniłem, że wszystko było bez zarzutu. Inni oficerowie prawdopodobnie doszli do wniosku, że było to żenujące „zlecenie", i nie podjęli ze mną żadnych rozmów:{mospagebreak}

UPIORY PRZESZŁOŚCI

     Moja kariera w charakterze pisarza finansowego w jednostce wojskowej w Mrągowie trwała pół roku i dobiegła końca równie nieoczekiwanie jak się zaczęła.

     Pewnego listopadowego dnia 1952 roku, a więc w okrągłą rocznicę mojej służby w Ludowym Wojsku Polskim, wpadł do kancelarii zdyszany oficer finansowy porucznik Józef Pawlak krzycząc od progu:

  - Słuchaj synku - od początku tak mnie nazywał - ten ch.. z Informcji coś knuje przeciwko tobie. Chce ciebie przesłuchać i to natychmiast. W takich chwilach życiodajna krew opuszcza szare komórki i w oczach robi się ciemno. Kiedy wróciła pełna świadomość poczułem się tak, jakby gorący ołów wlewano mi do żył. Sporządzony naprędce „rachunek sumienia" nie wyzwolił we mnie nawet w najmniejszym stopniu poczucia winy. Z powierzonych obowiązków wywiązywałem się - jak sądzę - terminowo i fachowo. Było powszechnie wiadomo, że przełożeni nie mieli żadnych krytycznych uwag na temat mojej pracy. Przeciwnie, już w ósmym miesiącu służby - wcześniej niż wszyscy koledzy z rocznika - zostałem awansowany do stopnia starszego szeregowca. Był to mój pierwszy, i zarazem ostatni awans w okresie dwuletniej służby. Jeżeli nie chodzi o sprawy „zawodowe"- myślałem gorączkowo - o jakie inne przewinienia może mnie posądzać oficer Informacji? Jakich zeznań oczekuje ode mnie ten wytrawny lis kontrwywiadu wojskowego, który w okresie utrwalania władzy ludowej zapewne niejednego skazańca politycznego posłał przed pluton egzekucyjny? Co interesującego może powiedzieć młody „przestępca", który przed mobilizacją do wojska ukończył zaledwie szkołę średnią i z powodu złych warunków materialnych, zdecydował się na pracę zarobkową kosztem dalszej nauki. W powojennej Gołdapi jedyną średnią szkołą było Państwowe Liceum Roiniczo-Spółdzielcze, kształcące nas, miastowych rolników bez ziemi. Jednak i ta szkoła (z braku uczniów) została przeniesiona w 1949 roku wraz z dobrodziejstwem inwentarza czyli uczniami, do odległego o 35 km Olecka, gdzie wkrótce otrzymała imię Konstantego Rokossowskiego. O nadaniu szkole imienia „sławnego Polaka" zadecydował następujący incydent. Nasza przeprowadzka z Gołdapi do Olecka zbiegła się z mianowaniem K. Rokossowskiego marszałkiem Polski. Mój kolega z Gołdapi, Włodek Ch. - sybirak, który w 1946 roku powrócił ze zsyłki syberyjskiej do Polski, przyjął tę wiadomość spontanicznie: ostrzem finki, niczym Zorro szpadą, na oczach wielu uczniów przeciął umieszczony na szkolnej tablicy ogłoszeń portret K. Rokossowskiego. Za ten czyn został natychmiast relegowany ze szkoły. W celu zmycia tej „haniebnej prowokacji", dyrekcja szkoły pod naciskiem władz powiatowych Olecka, nadała szkole imię „Marszałka Polski, Konstantego Rokossowskiego". Był on patronem tej szkoły prawdopodobnie do połowy lat dziewięćdziesiątych.-

     W Olecku zamieszkaliśmy w przyszkolnym internacie. Oczywiście ja, jako „obcy klasowo" - syn organisty, w przeciwieństwie do moich kolegów nie obciążonych takim przekleństwem, nie mogłem liczyć na stypendium pokrywające koszty internatu. O przyznaniu stypendium nie decydowała dyrekcja szkoły lecz szkolny zarząd ZMP.

     Nasza liczna rodzina, świeżo osiedlona w Gołdapi, miała bardzo trudne warunki materialne. O finansowaniu mojej edukacji na dłuższą metę nie mogło być mowy. Musiałem myśleć o pracy zarobkowej albowiem narastały zaległości finansowe w internacie. Kiedy kończyłem tę szkołę w 1950 roku, moje świadectwo szkolne zostało zdeponowane w szkolnym sejfie jako zabezpieczenie mojego długu. Powołanie do życia w tym samym roku oddziału Narodowego Banku Polskiego w Gołdapi stworzyło mi szansę na podjęcie pracy zarobkowej. W banku w Gołdapi zdążyłem przepracować jeden rok, spłacając między innymi zaległe należności za internat.

     Odpowiedź na nurtujące mnie pytania otrzymałem następnego dnia. Gabinet oficera Informacji majora Tkaczowa był duży jak stodoła. On, pan i władca, siedział wygodnie w rozłożystym fotelu, zapewne pamiętającym czasy Bismarcka. Biurko z alabastrowym blatem miało wymiary stołu bilardowego. Na nim stał komplet przyborów kancelaryjnych wykonanych z takiego samego marmuru, gipsowe popiersie Lenina, oraz zielony telefon wojskowy. Przed majorem leżał segregator opatrzony napisem „Ściśle Tajne" i kilka egzemplarzy „Prawdy". Czołową ścianę gabinetu zdobiły portrety: pośrodku - Stalina, a po bokach, umieszczone nieco niżej, jako wyraz szacunku dla Generalissimusa - wizerunki Bieruta i Rokossowskiego. W prawym rogu gabinetu stał przedwojenny wieszak, kowalskiej roboty, na którym spoczywał oficerski płaszcz i czapka, a w lewym pancerna szafa z mosiężnym uchwytem, przypominającym rumiany obwarzanek. Żadnych innych mebli. Nawet krzeseł. Widocznie major Tkaczow zwykł przyjmować swoich „interesantów" w pozycji stojącej. Dopełnieniem klimatu, panującego w gabinecie oficera Informacji było weneckie okno, ozdobione żelazną kratą.

     Major był niski i krępy, ale nie otyły. Miał twarz o raczej azjatyckich rysach, ciemne, krzaczaste brwi i czarne, świdrujące oczy. Pochłonięty lekturą „Prawdy", przez kilkadziesiąt sekund - które wydały mi się wiekami - nie reagował na moją obecność, mimo że po przekroczeniu progu jego gabinetu zameldowałem się regulaminowo. Wreszcie rzekł koślawą polszczyzną, zapewne bardziej zrozumiałą czerwonoarmiejcom niż polskim żołnierzom:

  - Wasza familia? - Domyśliłem się, że pyta o moje imię i nazwisko. Wyrzuciłem z siebie:

  - Starszy szeregowy Zdzisław Rynkiewicz. Dalsze pytania były standardowe, zadawane rutynowo, bez emocji. Jego twarz ożywiła się na chwilę przy pytaniach dotyczących mojego ojca. Natychmiast wyczułem, że całe przesłuchanie jest zwykła formalnością bo odpowiedzi na interesujące go pytania były mu znane znacznie wcześniej. Mój ojciec, Zygmunt Rynkiewicz, był organistą w jedynym wówczas w Gołdapi kościele katolickim. Podczas brutalnie wprowadzanej w powojennej Polsce ideologii materialistycznej, oraz jawnej i ukrytej walki z Kościołem, ten fakt mógł zaszeregować całą naszą rodzinę do klasy wrogów ludu. Zaostrzający się konflikt między państwem i Kościołem wpływał na niechętny stosunek dowódców LWP do żołnierzy wyznających wiarę katolicką. Żołnierze ci, nie mogli liczyć na przepustki umożliwiające uczestnictwo we Mszy Świętej lub innych uroczystościach kościelnych. Nieliczne, niedzielne przepustki były wydawane żołnierzom w takich godzinach, aby nie mogli oni wziąć udziału w nabożeństwie. Wiara katolicka wyraźnie kolidowała z planami indoktrynacji komunistycznej w Ludowym Wojsku Polskim. Zdaniem dowódców, należało bezwzględnie izolować młodych Polaków od burżuazyjnych korzeni i zabobonnych praktyk. Jeden perfidny agent, nasłany przez wrogów ludu pracującego miast i wsi, pod płaszczykiem, na przykład, pisarza finansowego, mógł przecież obrócić w perzynę cały Układ Warszawski... Sekundy ciągnęły się jak wieki. Myślami wróciłem w przeszłość, szukając w jej zakamarkach choćby cienia na wytłumaczenie mojej obecnej sytuacji.{mospagebreak}

WSPOMNIENIA WOJENNE

     Do roku 1946 moja rodzina mieszkała w Karolinie, małej miejscowości na Suwalszczyźnie, gdzie mój ojciec był organistą. Była to niewielka parafia, licząca zaledwie kilkadziesiąt „dusz" skupionych w okolicznych wsiach, położonych na skraju Puszczy Augustowskiej. Karolin otaczały malownicze jeziora rozrzucone wśród lasów i pól oraz piękne strumyki, które w czasie wiosennych roztopów były nie do przebycia. O podobnych siedliskach ludzkich mówi się potocznie, że Pan Bóg umiejscowił je tam, gdzie „diabeł mówi dobranoc"... Zapewne uroki tych ziem, a nie iluzoryczne profity skłoniły naszego ojca do pozostania tu na dłużej. Nasza ojcowizna z dziada pradziada pozostała gdzieś nad Niemnem, na kresach drugiej Rzeczypospolitej. W Karo1inie nie mieliśmy dobra podstawowego: ziemi, która mogła karmić chlebem.

     Mój ojciec był muzykiem z solidnym przygotowaniem profesjonalnym. Całe młodzieńcze lata poświęcił nauce gry organowej u mistrzów tej sztuki. Był wielkim entuzjastą baroku, a szczególnie Jana Sebastiana Bacha. Preludia i fugi tego kompozytora traktował jako najlepsze ćwiczenia samokształceniowe. Grał je w każdej wolnej chwili. Niestety, zawód organisty kościelnego trudno było uznać za lukratywny, zwłaszcza wtedy, kiedy był wykonywany w małych, ubogich parafiach. A do takich należało zaliczyć tę, w Karolinie.

     Z upływem lat, kiedy nasza rodzina powiększyła się a dochody uzyskiwane w ubogiej parafii już nie gwarantowały dostatecznej egzystencji, ojciec zmuszony był do poszukiwań innej, bardziej intratnej parafii. Telefonów nie było. Pozostawała korespondencja i osobiste wyjazdy do odległych o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości. Choroba naszej matki nie pozwalała ojcu na częste wyjazdy, które i tak nie przynosiły żadnych rezultatów. Wszystkie bliskie i te odległe parafie były obsadzone przez „konkurencję".

     Zimą, na przełomie lat 1936/37, dotknęła nas wielka tragedia. Osierociła nas nasza matka. Jako pięciolatek, nie rozróżniałem jeszcze hierarchii wydarzeń, zachodzących w życiu naszej rodziny. Z tamtej tragedii zapamiętałem tylko tyle, że na pogrzebie naszej ukochanej matki było wielu mieszkańców Karolina i okolicznych wiosek. I nic więcej. Parafrazując wzruszające strofy „Pieśni o Matce" muszę z żalem wyznać, że nie pamiętam „ani Jej dobrych rąk, ani czułych słów"... Dziś, nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego żadne inne fakty z dzieciństwa, dotyczące mojej mamy, ani okoliczności jej śmierci nie pozostały w mojej pamięci. Być może naiwność dziecka była zbawiennym darem natury chroniącym przed paraliżującym bólem. Dopiero wtedy, kiedy dojrzałem na tyle, aby pojąć przypadkowość i nieprzewidywalność ludzkich losów, dowiedziałem się od ojca i starszego rodzeństwa, że nasza matka musiała umrzeć. Odeszła z tego świata dlatego. że w tamtych czasach nie znano skutecznego lekarstwa na gruźlicę. Jakie to tragiczne, że penicylina, będąca dobrodziejstwem ludzkości, pojawiła się na usługach medycyny zbyt późno, by pomóc naszej matce...

     Po upływie niespełna roku, ojciec doszedł do wniosku, że sam nie podoła wychowaniu pięcioosobowej gromadki dzieci. Poślubił nową, obcą nam „matkę". Gdyby zapytał nas, dzieci, czy chcemy zastąpić naszą ukochaną mamę kimś innym, odpowiedź byłaby zapewne negatywna. Nasze obawy wkrótce się potwierdziły. Ponowne małżeństwo naszego taty stało się jednak faktem, i tak zapewne musiało być. W chwilach bolesnych doświadczeń, kiedy nasz rodzinny dom przestał być oazą spokoju i bezpieczeństwa, kiedy ojciec nie był już bezstronnym arbitrem dziecięcych praw, kiedy staliśmy się uciążliwym balastem w małżeńskiej gondoli naszych „nowożeńców”, uciekałem z domu na wiele godzin. Biegłem do zacisznego kościółka, padałem na stopniach ołtarza i błagalny wzrok kierowałem ku tabernakulum. Całym swym dziecięcym głosem żarliwie modliłem się:

  -Ojcze nasz, któryś jest... Nie, to nie była modlitwa, lecz próba rozmowy z Panem Bogiem, próba przedłożenia Jego osądowi wszystkich moich gorzkich żalów.

  - Panie Boże! - wołałem - dlaczego zabrałeś nam naszą matkę? Dlaczego doświadczasz nas tyloma upokorzeniami? Dlaczego zgotowałeś nam straszny sierocy los? Cóż uczyniliśmy grze sznego - szeptałem coraz ciszej - że zsyłasz na nas dotkliwe kary? Odezwij się albo chociaż daj widomy znak, że mnie słyszysz, że rozumiesz! Nie mam przed Tobą żadnych tajemnic. Przed Tobą Panie Boże, otwieram me serce i duszę. Oczekuję wzajemności... Odpowiedzi nie było. Były natomiast obfite łzy, które koiły każdy ból, przynosiły ulgę i spokój duszy.

     Do domu wracałem późno, kiedy na mojej twarzy nie było już śladów łez. Wstydziłem się swoich łez. Nie wybaczyłbym sobie nigdy, gdyby ktokolwiek - poza Panem Bogiem - mógł dostrzec w moich oczach łzy rozpaczy, łzy skruchy. Takie zachowania, nawet w najtrudniejszych chwilach były mi obce.

     Nowa matka wniosła w posagu mleczną krowę, a to był już wielki luksus. Znacznie poprawił się nasz codzienny wikt. Kiedy przybyła krowa, przybyły także obowiązki „kowboja". To mnie spotkał ten „zaszczyt", choć jako mały szkrab z trudem radziłem sobie z większą ode mnie krasu1ą.

     W tej zagubionej wśród lasów i mokradeł wsi, przeżyliśmy dwie okupacje. Tę pierwszą, sowiecką, i tę następną, hitlerowską. Pamiętam jak w dniu 17 września tragicznego roku 1939, wkroczyli na Suwalszczyznę czerwoni „oswobodziciele". Mieszkańcy sąsiedniej wsi Pogorzelec, pochodzenia rosyjskiego, tak zwani starowiercy, witali wkraczające wojska sowieckie okrzykami radości. Na swe drewniane chaty pozawieszali czerwone płachty. Tych, którzy ich „wyzwolili" spod panowania polskich „burżujów" witali chlebem i solą. Wkrótce potem, porzuciwszy własne domostwa, z molenną, czyli drewnianą cerkwią starego obrządku prawosławnego włącznie, wszyscy wyjechali na wschód - do swoich.

     Opuszczone zabudowania stały się terenem poszukiwań „skarbów" przez okoliczną dziatwę. My także urządzaliśmy wyprawy z Karolina do odległego o kilometr drogi Pogorzelca po „złote runo". Na strychu jednej z chat znaleźliśmy rozbitą radiostację, prawdopodobnie świadomie zniszczoną przez dotychczasowych lokatorów. Wśród stłuczonych lamp radiowych i akumulatorów, na suchym piasku pokrywającym cały strych, turlały się malutkie srebrzyste kuleczki, nazwane przez nas „żywym srebrem”. Uchwycenie znalezionej kuleczki ręką było prawie niemożliwe. Przelewały się przez palce jak woda. Kiedy ponownie zetknęły się z suchym piaskiem, rozpryskiwały się na jeszcze mniejsze kuleczki. Podczas gdy moi koledzy interesowali się głównie kondensatorami, transformatorami i innymi cudeńkami techniki radiowej, mnie całkowicie pochłonęły owe tajemnicze żywe bąbelki. Wkrótce znalazłem sposób na ich ujarzmienie. Na parterze tejże chaty, w opuszczonej kuchni, znalazłem starą, zardzewiałą łyżkę stołową. Swym wgłębieniem doskonale wyłapywała rozproszone na piasku kuleczki. Trafiwszy do łyżki natychmiast łączyły się w jedną, coraz większą ruchomą kulę. Nazbierałem tego płynnego metalu całą stołową łyżkę. To „coś" było cięższe od wszystkiego co dotychczas napotkałem w swym życiu. Znalezisko przyniosłem do domu nie zdradzając się przed nikim ze swej zdobyczy. Świetnie się bawiłem tą kapryśną zabawką. Wlewałem do butelki, turlałem po talerzu, balansowałem na dłoni, zamykałem w ustach, doznając dziwnego ucisku na języku. Kropelki rtęci, bo o niej tu mowa, przepływały między zębami...

     Wkrótce ciężko zachorowałem, na nieznaną chorobę. Walczyłem ze śmiercią. Działo się to w momencie, kiedy sowieci przekazywali zdobyczne tereny Suwalszczyzny Niemcom. W Karolinie pojawiły się wojska niemieckie, a wśród nich lekarz. Ulokował swój gabinet w miejscowej plebanii tuż obok naszej organistówki. Mój ojciec zwierzył się wojskowemu lekarzowi z mojej choroby. Zainteresował się mną. Leczył przez kilkanaście dni. Wyleczył, choć nikt wówczas - łącznie z lekarzem - chyba nie skojarzył mojej choroby z zatruciem straszliwą trucizną: rtęcią. Jak się później okazało, w Pogorzelcu, tej małej wsi na peryferiach świata, działała wroga „czerwona" radiostacja, a owe „żywe srebro" pochodziło z rozbitych przekaźników rtęciowych, zainstalowanych w tym urządzeniu.

     Dopiero niedawno, dzięki „głasnosti"- dotarła do mnie wiadomość dotycząca tamtych uchodźców z Pogorzelca. Wszyscy oni przeszli przez straszliwe piekło w tym wymarzonym, czerwonym raju i przeklinali dzień, w którym podjęli tę samobójczą decyzję.

     Na szczęście, czerwony okupant nie zagrzał długo miejsca na Suwalszczyźnie. W wyniku porozumienia Ribentropp - Mołotow, Sowieci wycofali się po kilku tygodniach na wschód, pozostawiając okoliczne tereny Niemcom. Na miejsce brudnych i nieogolonych czerwonoarmięjców pojawili się we wsi „eleganccy" żołnierze niemieccy. Początkowo wydawali się nie wykazywać wrogich zamiarów w stosunku do miejscowej ludności. Nas, dzieciaków częstowali nawet cukierkami. To byli żołnierze frontowi, którzy oczyszczali przedpole dla administracji III Rzeszy, a także czynili przygotowania do następnego skoku - na wschód. Po nich przyszli żandarmi - wyniośli, nieprzystępni, a niebawem się okazało, że także bruta1ni.

     Pakt między Niemcami i Sowietami, dotyczący kolejnego rozbioru Polski okazał się grą na zwłokę ze strony Hitlera. Już w czerwcu 1941 roku Niemcy złamały ten układ. Dokładnie pamiętam wydarzenia tamtego czerwcowego dnia. Był ciepły, pogodny świt. Około godziny trzeciej zbudził nas jednostajny, miarowy warkot silników samolotowych. Wszyscy wylegliśmy na podwórko. Na dużej wysokości, niczym pospolite ważki zawieszone w powietrzu przesuwały się olbrzymie ilości samolotów lecących na Wschód. Po pewnym czasie usłyszeliśmy dalekie odgłosy eksplozji.

     Choć tutejsze zagubione pośród lasów wsie nie miały większego znaczenia strategicznego w militarnej ekspansji „nach osten", okupant hitlerowski nie zapomniał o nas. Te ubogie suwalskie wsie - podobnie jak reszta Polski - miały być spichlerzem niemieckiego imperium. Kiedy zapasy żywności na froncie wschodnim kurczyły się, wyruszali na wieś żandarmi w towarzystwie miejscowego sołtysa „po kolędzie" od chałupy do chałupy. Zabierali wszystko - zboże, ziemniaki, świnie, krowy, nawet konie, bez których polski chłop nie mógł egzystować.

     W tym haniebnym procederze dość skutecznie przeszkadzała żandarmom AK-owska partyzantka, aktywnie działająca na tym terenie. Bagna, lasy i moczary były najlepszymi sprzymierzeńcami partyzantów. Zastępy leśnych ludzi tworzyli w przeważającej części miejscowi chłopi. W dzień pracowali na roli, a w nocy szli do lasu, stając w szeregi niewidzialnej armii. Nękali okupantów wszędzie. Posterunki żandarmerii niemieckiej oraz obiekty strategiczne okupanta najbardziej interesowały partyzantów. Także osadnicy niemieccy, którzy wybrali się na wschód po „złote runo", nie mogli spać spokojnie. Każdy przydrożny krzew jałowca, każda niepozorna sosenka, mogły kryć przyczajonego partyzanta. Nikogo zatem nie dziwił fakt, że Niemcy nigdy nie wędrowali po polskich drogach w pojedynkę, lecz zawsze stadami. We wsiach i innych siedliskach ludzkich partyzanci unikali potyczek zbrojnych z Niemcami w obawie przed pacyfikacją niewinnej, cywilnej ludności. Prawdziwe niebezpieczeństwa czyhały na okupantów w leśnych ostępach, na odległych polnych drogach, z dala od siedzib ludzkich.

     Od czasu do czasu, Niemcy urządzali nocne polowania na partyzantów, tych rzeczywistych i tych domniemanych, zaskakując ich w domowych pieleszach. Prawdopodobnie żandarmi mieli swych informatorów wśród miejscowej ludności. Pewnej zimowej, mroźnej nocy, żandarmi zorganizowali kocioł wokół domu naszych kuzynów, Anny i Ignacego Herbsztów. O północy, żołdacy ściągnięci z pobliskich posterunków, otoczyli dom wujostwa. Ciężkimi żołnierskimi buciorami wyważyli drzwi i wtargnęli do wnętrza. Zanim wyrwani ze snu ludzie zdążyli przyjść do siebie, żandarmi rozkazali wujowi aby się ubierał. Nic nie wskazywało na to, że wuj - na pierwszy rzut oka nadal rozespany, ziewający - w rzeczywistości gorączkowo myślał o sposobie ucieczki. Kiedy był już ubrany nałożył na siebie krótki kożuszek i... jednym susem skoczył w okno. Wraz z ramą okienną wypadł na zewnątrz. Jak kula śnieżna potoczył się w pobliskie zarośla i ślad po nim zaginął. Nim żandarmi ochłonęli z szoku minęło kilka sekund. Doskoczyli do okna przewracając po drodze stół i krzesła. Zaczęli strzelać na oślep w otchłań nocy. Ciemna, bezgwiezdna noc okazała się zbawiennym sojusznikiem uciekiniera. Przez kilkanaście minut żandarmi przeczesywali krzewy okalające wiejskie zabudowania szukając zbiega. Po bezowocnych poszukiwaniach powrócili do mieszkania. W świetle elektrycznych latarek szukali broni lub innych trefnych przedmiotów. Nie znaleźli nic. Zrezygnowani odjechali.

     Echa salw karabinowych dochodzących z ogrodu wujostwa obudziły nas. Nasze zabudowania sąsiadowały ze sobą w niewielkiej odległości. Początkowo łudziliśmy się, że ten nieznany nam dramat rozgrywa się u kogoś innego. Wkrótce jednak przybiegła do nas zrozpaczona ciotka Anna. Drżała jak w febrze. Już nie mieliśmy złudzeń. Przeczuwając najgorsze, zaczęliśmy wypytywać co się stało. Ciotka nie powiedziała ani jednego słowa, tylko odwróciła się i wybiegła w mroźną noc, a my za nią. W ich mieszkaniu zastaliśmy straszny lament czwórki malutkich dzieci. Było ciemno. Przez wybite okno przejmujący chłód wciskał się do środka. Pod ręką nie było łuczywa by sprawdzić co się dzieje w tym lodowatym mroku. Ciotka po omacku dotarła do szafy i odnalazła w niej gromnicę, spoczywającą tam od lat jako talizman chroniący przed złymi mocami. Drżącymi z zimna rękami zapaliła świecę. W jej blasku ujrzeliśmy opłakany widok. Na szerokim drewnianym łożu, spod pękatej pierzyny wyzierały przerażone, mokre od łez, dziecięce oczy. Stół i krzesła były przewrócone. Na podłodze, oprócz resztek śniegu przywleczonego na żołdackich butach, leżały błyszczące łuski karabinowe. W mieszkaniu, pomimo nadmiernej wentylacji spowodowanej brakiem okna, wyczuwało się zapach prochu strzeleckiego. Podeszliśmy ostrożnie do wybitego okna i próbowaliśmy wzrokiem przeniknąć śnieżną dal. Cichym głosem zaczęliśmy nawoływać wujka. Nie było żadnej odpowiedzi. Przygnębieni i pełni obaw próbowaliśmy szukać ukojenia w trywialnych czynnościach. Odszukaliśmy ramę okienną i prowizorycznie osadziliśmy ją w futrynie. Otwory po stłuczonych szybach zatkaliśmy poduszkami. Napaliliśmy w piecu. Do świtu było jeszcze daleko, ale nikt nie mógł spać. Przesiedzieliśmy resztę nocy snując różne domysły, a z nastaniem dnia wybraliśmy się na poszukiwanie wuja. Niestety, padający nocą śnieg zasypał wszelkie ślady. Pozostało oczekiwanie na dalszy rozwój wydarzeń. Nic więcej nie byliśmy w stanie uczynić.

     Szok przeżyty tamtej pamiętnej nocy pozostawił w mojej psychice uraz na długie lata. Bezpośrednio po tym wydarzeniu miałem problemy z zasypianiem. Co kilka minut budziłem się nocą przerażony. Prześladowały mnie upiorne sny. Kiedy wszyscy spali, ja, na paluszkach, po cichutku zbliżałem się do okna na nocną wartę. W świetle księżyca wpatrywałem się w dal, skąd mogli nadjechać żandarmi po ojca - naszego jedynego opiekuna. Byłem tak głęboko przekonany, że to najgorsze nastąpi dziś, jutro, w każdej nieprzewidywalnej chwili, że ani jednej nocy nie zaniedbałem. Miałem też przygotowany plan działania, na wypadek gdybym dostrzegł żandarmów w poświacie księżyca. Miałem oczywiście zamiar natychmiast obudzić mego ojca, aby nie został zaskoczony tak jak nasz wuj Ignacy. Rano, kiedy ojciec wstawał pierwszy na poranną Mszę Świętą, zdumiony zastawał mnie śpiącego przy oknie z głową opartą o parapet. Łajał mnie za to „nieodpowiedzialne" zachowanie, choć nie znał jego przyczyny. Ja z kolei kryjąc swoje obawy, wstydziłem się okropnie tych dziecinnych, urojonych lęków. Obiecywałem sobie i ojcu, że to się więcej nie powtórzy, ale kiedy nadchodziła kolejna noc, obawy wracały. Po nieprzespanej nocy szedłem razem z ojcem do kościoła na poranne nabożeństwo. Ojciec śpiewał kojąco znajome pieśni, a ja służyłem przy ołtarzu jako ministrant. Świat pozornie wracał do ładu.

     Dopiero po trzech dniach - jak w Zmartwychwstaniu Pańskim - wujek Ignacy pojawił się w swoim domu. Nocą, zapukał cichutko do okna. Bez światła, przez krótką chwilę ogrzał się przy piecu, zabrał ze sobą rzeczy niezbędne do życia tułaczego i oddalił się w nieznane. Aż do końca okupacji hitlerowskiej nie nocował we własnym domu. Nic dziwnego, dopiero niedawno dowiedziałem się, że nasz wuj Ignacy Herbszt o pseudonimie „Książek", był dowódcą komórki AK-owskiej na tamtym terenie.

     Już w pierwszym roku okupacji hitlerowskiej w naszej rodzinie nastąpił poważny wyłom. Najpierw najstarszy brat, 15-1etni wówczas, Zygmunt a następnie 12-letnia siostra Krystyna, zostali wywiezieni na przymusowe roboty. Niewolnicza praca nie ominęła też innych członków rodziny. Po przegranej bitwie pod Stalingradem w roku 1943, kiedy dowódcy Wehrmachtu zaczęli coraz częściej myśleć o nieuchronnym odwrocie ze wschodu, niemieckie fortyfikacje zaczęły licznie powstawać na tyłach frontu wschodniego. Jedną z nich zaplanowano wzdłuż jeziora Wigry, niedaleko od Karolina. Mój ojciec oraz starszy ode mnie brat Eugeniusz zostali przymusowo skierowani wiosną 1944 r. do budowy tych fortyfikacji przy kopaniu bunkrów i rowów strzeleckich.

     Na mnie spadły obowiązki „głowy domu". Musiałem zapewnić opał, zbierając chrust i suche gałęzie w pobliskich bagnach, dopilnować „krasulę", która jakimś cudem uchowała się przed zakusami żandarmów i jednocześnie pełnić obowiązki należące do mego ojca. Pełniłem posługi podczas mszy, pogrzebów, chrztów i, raczej sporadycznie, ślubów albowiem większość młodych ludzi wywieziona była do niewolniczej pracy w III Rzeszy. Mnie też przypadła rola „etatowego" ojca chrzestnego. Nowo narodzone niemowlęta, najczęściej o bardzo słabej kondycji fizycznej i bez prawdziwych ojców, którzy z reguły pracowali w Reichu, nie mogły czekać na godziwy i uroczysty chrzest. Opatrzenie noworodka sakramentem chrztu było koniecznością chwili. Ilu moich chrześniaków z przypadku żyje dzisiaj w Karolinie i okolicznych wsiach - pozostanie wieczną tajemnicą. Po wykonania wszystkich przedpołudniowych obowiązków w domu i w kościele, brałem pod pachę gliniany garnek z postną zupą i niosłem nad Wigry, oddalone o około 12 km. Na mocno wystudzoną strawę - albowiem moja wędrówka trwała ponad 2 godziny, a gliniany garnek to nie to samo co współczesny, hermetyczny termos - czekali mój ojciec i mój brat. Okupant umiał „zachęcać" swych niewolników do ciężkiej pracy, ale często „zapominał" ich nakarmić. Po przybyciu na miejsce, zwykle czekałem jeszcze dość długo aż nadzorca raczył ogłosić przerwę obiadową. Byłem w tym czasie mimowolnym świadkiem barbarzyńskiego niszczenia naszego środowiska naturalnego, polskiej przyrody, w imię strategii militarnej okupanta. Pod topory i piły szły nie tylko legiony młodniaków; lecz także całe zastępy sędziwych sosen i świerków. Strome zbocza jeziora od strony wschodniej, skąd Niemcy spodziewali się sowieckiego natarcia, były przeorane zygzakami rowów strzeleckich. Co kiIkadziesiąt metrów kopano bunkry i stanowiska artyleryjskie. Kiedy 8 lat później, będąc już w wojsku, sam musiałem kopać podobne rowy podczas zimowych ćwiczeń taktycznych, nie mogłem się wyzwolić od wspomnień tamtych letnich dni 1944 roku nad jeziorem wigierskim.

     W połowie lipca 1944 roku budowa fortyfikacji nad jeziorem wigierskim dobiegała końca. Ze sztabu wojsk saperskich nadzorujących budowę, nastąpił „przeciek" informacyjny o rychłej ewakuacji wszystkich „budowniczych" z nad Wigier do podobnych zadań fortyfikacyjnych na obszarze Prus Wschodnich. Mój ojciec i brat postanowili uciekać. Przez kilka kolejnych nocy, pod osłoną ciemności, budowali tratwę, ukrywaną w trzcinach jeziora. Z budulcem nie było problemów. W wodach jeziora pływało wiele bezpańskich kłód drewna, pozostałości po budowie ziemnych bunkrów. Jako wiązadła używali korzeni jałowca, długich, elastycznych i silnych jak postronki. W przededniu likwidacji obozowiska, robotników jak zwykle zapędzono na noc na półwysep połączony z lądem wąską groblą. Przejścia na grobli, gęsto najeżonego zasiekami z drutu kolczastego, strzegli niemieccy wartownicy. Opuszczenie półwyspu drogą lądową było niemożliwe. Jedynie tratwa stwarzała nadzieję ucieczki. U podnóża klasztoru Kamedułów, stały prymitywne szałasy pokryte świerkowym igliwiem, służące robotnikom jako „sypialnie". Wewnątrz, zamiast łóżek, cała powierzchnia szałasu była wysłana słomą i sianem. Po capstrzyku, kiedy zapadła noc, uciekinierzy wymknęli się z tego mizernego schronienia i przeczołgali się w kierunku tratwy. Odnaleźli ją bez trudu. Letnia noc była krótka. Musieli się śpieszyć. Leżąc okrakiem na prymitywnie powiązanych kłodach drewna, bezszelestnie wiosłowali rękami. Przed świtem brat i ojciec byli już na suchym lądzie. Wykorzystując gęsto zadrzewiony teren przedarli się bez przeszkód do Karolina.

     Wrócili do domu w samą porę. Front był już niedaleko i machina wojenna mogła przetoczyć się przez naszą okolicę lada dzień. Uznaliśmy, że pozostawanie w domu było niebezpieczne. Na wieży kościelnej, oddalonej od naszego domu zaledwie kilkadziesiąt metrów, usadowili się „snajperzy" i „cekaemy". Stwarzało to wielkie zagrożenie i dla kościoła i dla nas. Nie mając innego wyjścia postanowiliśmy przetrwać zmagania wojenne na terenie otoczonym bagnami. Zabraliśmy ze sobą krowę i sporo suszonego chleba, wcześniej przygotowanego na tę chwilę. Wraz z miejscowym proboszczem, księdzem Janem Sawickim, udaliśmy się na uprzednio wybrany teren. Było to pole na skraju niewielkiego lasku otoczone pierścieniem bagien. Na tym polu stały - niczym słomiane dachy - „dziesiątki" zżętego żyta. Pod jednym z takich daszków wykopaliśmy rów o głębokości około półtora metra i długości kilku metrów. Ten nasz prywatny okop był doskonale zamaskowany z wierzchu przez snopki zboża. Tuż po przybyciu na miejsce opuściliśmy jednak ten w miarę bezpieczny schron, aby obserwować z pobliskiego wzgórza przelatujące w oddali słynne „katiusze". Na tle granatowego horyzontu świeciły niczym meteoryty przecinające widnokrąg. Nikt z nas nie przypuszczał, że front jest tuż, tuż. Terkot broni maszynowej wydawał się bardzo odległy od miejsca naszego „biwaku". Aż tu nagle... Ziemia zadrżała pod naszymi stopami! To pociski artyleryjskie wybuchały tuż przed naszym wzgórzem. Przejmujący świst kul mieszał się z ogłuszającym hukiem eksplozji. Padliśmy na ziemię tam gdzie staliśmy i przylgnęliśmy do rozgrzanego letnim słońcem piasku. Pamiętam, że nasz ojciec, kierowany instynktem rodzicielskim, powtarzał nieustannie, abyśmy nie unosili głów, bo może nas trafić przypadkowa kula. Kiedy te apele nie skutkowały, podczołgiwał się do niesfornych dzieciaków i rozgarniał dłońmi sypki piasek, abyśmy w powstałe zagłębienia mogli schronić nasze głowy. Dziś mam wątpliwości, czy owe płytkie dołki, naprędce wykopane drżącymi rękami, skutecznie chroniły nas przed zabłąkaną kulą. Jedna z takich przypadkowych kul utkwiła wtedy z sykiem w piasku, tuż w zasięgu mojej ręki. Zamiast lęku o własne życie, poczułem przypływ emocji na myśl, że nadarzyła się okazja zdobycia cennego wojennego „trofeum". Nie zastanawiając się nad czyhającym zewsząd niebezpieczeństwem wbiłem swoją dłoń w piasek, w miejscu, gdzie od uderzenia pocisku powstało niewielkie zagłębienie w kształcie lejka. Z łatwością odnalazłem kulę karabinową. Pamiętam, że była jeszcze gorąca. Jakie to szczęście, myślałem później, że nie poczułem tego piekącego metalu na własnej skórze chwilę wcześniej. Ale wtedy przejęty byłem tylko tym, że ów pocisk był straszliwie oszpecony od uderzenia w piasek. Posiadałem już lepsze w swojej „kolekcji”.

     Przez następnych kilkadziesiąt minut leżeliśmy w bezruchu. Wymiana ognia między stronami walczącymi to nasilała się, to znów słabła, w pewnym momencie usłyszeliśmy tętent koni. Z pobliskich drzew wyłoniło się dwóch jeźdźców pędzących w naszym kierunku i po chwili gwałtownie osadzili swe rumaki tuż przed nami. Byli to niemieccy oficerowie. W rękach trzymali pistolety gotowe do strzału i grożąc nam nimi obserwowali naszą reakcję. Dziwne, ale w obliczu tego zagrożenia nie odczuwaliśmy żadnego lęku, bo cóż za różnica, czy przyjdzie nam zginąć od kul naszych wrogów, czy od przypadkowego ognia naszych oswobodzicieli. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ci frontowi spece od zabijanią byli nieobliczalni, ale nie mieliśmy wyboru. Nasz los był w ich rękach. Cały czas obserwowali nas z nieukrywanym zdziwieniem, „szwargocąc" coś jednocześnie między sobą. My też byliśmy pełni podziwu dla ich odwagi, że „nie kłaniają się kulom" przelatującym nad ich głowami. Nagle, spięli ostrogami konie i pozostawiając za sobą kłęby kurzu, zniknęli tak nagle, jak się nagle pojawili. Trudno dziś odgadnąć, dlaczego nas nie zlikwidowali? Czy górę wzięła 1itość nad bezbronnymi cywilami, czy amunicji może szkoda im było, na rozprawienie się z grupką, która w najmniejszym stopniu nie zagrażała III Rzeszy, a może osoba księdza, leżącego u ich stóp z rozpostartą sutanną powstrzymała okupantów przed użyciem broni palnej. Kiedy byłem już w wojsku, każdy szczęk broni, każda salwa eksplozji, przywoływały z mroków pamięci ten właśnie epizod, który mógł zakończyć raz na zawsze nasze ziemskie problemy.

     Z nastaniem zmroku, pojedynczo wycofaliśmy się chyłkiem z niebezpiecznego wzgórza i ukryliśmy się w zamaskowanym okopie. Odgłosy walki nie słabły, a nocą nawet się nasiliły. Zwłaszcza artyleria i świszczące katiusze dawały znać o sobie. Wymiana ognia trwała przez całą noc. Nasz schron, początkowo do wytrzymania, stawał się coraz mniej wygodny. Było ciasno i ciemno. Nogi i ręce cierpły z bezruchu. Każde, nawet krótkotrwałe osłabienie salw artyleryjskich staraliśmy się wykorzystywać aby pójść „za potrzebą", a jednocześnie rozprostować trochę kości. O higienie osobistej lepiej nie wspominać. Dopiero nad ranem wszystko się uspokoiło. Z ulgą i radością opuściliśmy naszą kryjówkę i wyszliśmy na światło dzienne. Pomimo dokuczliwego zmęczenia i nieprzespanej nocy poczuliśmy się jak nowonarodzeni. Czyżbyśmy rzeczywiście doczekali pierwszego dnia wolności?

     W naszym mieszkaniu zastaliśmy nowych „lokatorów". Był to sztab sowieckiego dowództwa. Z naszego chlewika „wyparował" pozostawiony przez nas warchlak. Nietrudno było odgadnąć dokąd. Z siedziby „naczalstwa" frontu rozchodził się na kilometr zapach „pieczystego". Zwycięzcy świętowali. O powrocie do naszego poprzedniego mieszkania nie było mowy. Przygarnął nas tymczasowo zaprzyjaźniony sąsiad Józef Szlaszyński, który jeszcze na wiele miesięcy przed nadejściem frontu zbudował sobie potężny schron, mogący pomieścić chyba z pół wioski. Po przejściu - jak się nam mylnie wydawało - frontu, ów imponujący schron był pusty, skorzystaliśmy więc z dobroczynnej propozycji sąsiada.

     Po dwóch dniach względnego spokoju, pewni, że nawałnicę wojenną mamy już za sobą ujrzeliśmy niespodziewanie w naszym bunkrze sowieckich żołnierzy z rozkazem od „naczalstwa", abyśmy natychmiast opuścili swoją kwaterę. Podobne „prykazy" otrzymali wszyscy mieszkańcy Karolina - Giermancy idut! — oświadczyli żołnierze. „Budiet płocho"... — dodali od siebie. Prawda była bardziej groźna niż przypuszczaliśmy. Tej nocy spędzonej w okopie pod snopkami zboża nie byliśmy świadkami regularnego frontu, lecz obserwowaliśmy desant sowiecki na tyły wroga, a owa kanonada przelatujących nad naszymi głowami pocisków miała za zadanie „oczyszczenie" przedpola dla grupy sowieckich zwiadowców. Linia regularnego frontu przebiegała w tym czasie o kilkanaście kilometrów na wschód od Karolina. Niemcy nie mogli rzecz jasna, tolerować na tyłach swych wojsk wrogiego desantu. Podjęli więc próbę likwidacji zapalnego ogniska. Sowieci z kolei uznali, że cywile mogą im komplikować obronę zajętego przyczółka, postanowili ewakuować tutejszą ludność do oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi Posejnele. Wozami drabiniastymi, z resztką dobytku ruszyliśmy w eskorcie żołnierzy do miejsca ewakuacji. Tam nasi „opiekunowie" zarekwirowali kilka wiejskich stodół, wypełnionych częściowo sianem i zbożem, i przekazali je nam w tymczasowe użytkowanie. W Posejnelach przeczekaliśmy przejście przez nasze tereny prawdziwego frontu, na szczęście bez śmiertelnych ofiar wśród ludności cywilnej. Niemcy kilkakrotnie atakowali sowiecki przyczółek w Karolinie. Ciężkie straty poniosły obie strony. Front na tym odcinku zatrzymał się na kilkanaście dni. Kiedy odgłosy wojny przesunęły się daleko na zachód, nie czekając na przyzwolenie sowieckich władz wojskowych ruszyliśmy karawaną w kierunku Karolina.

     Wracając do domu mogliśmy naocznie ocenić skutki kilkunastodniowej batalii. Każdy metr kwadratowy ziemi nosił na sobie ślady wojny. Przy drodze, na polach, a najwięcej w grząskich bagnach leżało mnóstwo porzuconego sprzętu wojennego i taboru. Choć trupów poległych żołnierzy nie widzieliśmy, to napotykaliśmy w pobliżu dróg świeże ślady pochówków. Spod ziemi jednej, niedbale usypanej mogiły wyzierały palce bosej stopy... Zwłoki żołnierzy, czy to z lenistwa czy pośpiechu, były grzebane płytko, na minimalnej głębokości, bose stopy poległych żołnierzy świadczyły o tym, że martwe ciała chowano bez zbędnego ekwipunku, a buty, jak sobie przypominam, stanowiły wyjątkowo cenną zdobycz dla sowieckiego żołnierza. Na troskę o własne buty i zabiegi konserwacyjne -jak to bywa w warunkach pokojowych – żołnierz frontowy nie miał ani warunków, ani ochoty. W praktyce wojennej, żołnierskie buty, tak zwane „harmoszki", były wyposażeniem „rotacyjnym". Kiedy frontowiec ginął od kuli, jego kolega natychmiast oceniał ich przydatność dla siebie. Jeśli były w lepszym stanie „technicznym" niż jego własne, buty zmieniały właściciela, jeśli nie, żołnierz cierpliwie czekał na następną okazję. Żołnierz „handlowiec" nie gardził żadnymi butami. Zabierał je do swego plecaka jako doskonały towar na „wymianę handlową", na przykład na bimber. Jedynym „pomnikiem" jaki koledzy stawiali poległemu żołnierzowi był drewniany kołek wbity u wezgłowia mogiły, a na nim hełm - często przestrzelony - z czerwoną gwiazdą, symbolem „wiary" frontowca. Trupy żołnierzy Wehrmachtu, jeśli nie zdążyli zabrać ze sobą ich uciekający koledzy, były chowane przez zwycięską Armię Czerwoną w zbiorowych dołach, bez żadnego oznakowania miejsca pochówku.

     Po powrocie z Posejnel do Karolina, jeszcze raz próbowaliśmy odzyskać nasze mieszkanie w organistówce, aby w domowym zaciszu ochłonąć po trudach przymusowej emigracji. Niestety, w dalszym ciągu było to niemożliwe. Naczalstwo wciąż powtarzało: - „Nielzia..." (nie wolno)... Wróciliśmy więc do schronu udostępnionego nam przez wyrozumiałego sąsiada. Nasz ojciec codziennie chodził do sztabu wojsk sowieckich na negocjacje. Skutek pertraktacji okazał się przynajmniej częściowo nam korzystny. Sztab „łaskawie" zwolnił kuchnię i sypialnię. Dobre i to!

     Jak się okazało, część oficerów sztabowych odjechała na zachód - za wojskiem. Nieznane byty zamiary tych, którzy pozostali. Zastanawialiśmy się, jaką rolę spełniać mogą ci „sztabowcy" z dala od „Teatru Wojny", kiedy nawet odgłosy walki już ucichły w Karolinie. Odpowiedź przyszła niebawem. Była to złowroga odpowiedź, której skutki zwiastowały krwawe żniwo w 1945 roku na niewinnej ludności tej ziemi.

     Cieszyliśmy się pierwszymi dniami wolności od niemieckiej okupacji. Wieczorami wschuchiwaliśmy się w rzewne pieśni ludu rosyjskiego, płynące z obozowiska czerwonoarmiejców tak smętne jak los tych żołnierzy, rzuconych daleko od stron rodzinnych. Nie wyczuwało się w nich ani patosu z odnoszonych zwycięstw, ani „gierojszczyzny", charakterystycznej dla politruków - wychowanków Komsomołu.

     Tymczasem miejscowa dzieciarnia przeżywała wielką przygodę. To co pozostało na pobojowisku gwarantowało nam dni i tygodnie ekscytującej „rozrywki". Śmiertelnie niebezpiecznej rozrywki!... Amunicja karabinowa, granaty, pociski artyleryjskie i moździerzowe, pękate worki armatniego prochu, do złudzenia przypominającego rurki makaronu, leżały w każdym miejscu naszych codziennych zabaw. Nie było saperów, którzy mogli zabezpieczyć ten olbrzymi, śmiercionośny arsenał. Sowieci w ogóle nie interesowali się porzuconym sprzętem wojennym, choć według moich szacunków, mogli nim uzbroić cały pułk wojska. Na skutki obcowania dzieci z groźnymi materiałami długo nie trzeba było czekać. Już po kilku dniach były pierwsze ofiary. Ksawery M. stracił oko od wybuchu zapalnika od granatu. Inny kolega, Franek S. postanowił rozbroić granat zaczepny. Skończyło się na utracie obu rąk i oka. Leon D. zdetonował na odległość, strzałem karabinowym w zapalnik, całą pryzmę pocisków artyleryjskich. Tylko dzięki olbrzymiemu głazowi, za którym się ukrył, uniknął śmierci. Wybuch był tak potężny, że w promilu kilku kilometrów szyby wypadały z okien. Ja i moi bracia mieliśmy więcej szczęścia, choć również chętnie korzystaliśmy z uciech tego surrealistycznego wesołego miasteczka. Rzucaliśmy granaty i kostki trotylu do jeziora aby „głuszyć" ryby. Urządzaliśmy widowiskowe fajerwerki z prochu armatniego.

     Nie tylko broń i amunicja były przedmiotami naszego zainteresowania. Także inne trofea trafiały do naszej „kolekcji". Kiedyś, włócząc się po bagnach - nasza szkoła powszechna w Karolinie jeszcze nie wznowiła działalności, więc mieliśmy dużo wolnego czasu - znalazłem porzuconą torbę wojskową, należącą do sowieckiego oficera. Wewnątrz, poza osobistą bielizną i sucharami, znalazłem dwa lśniące epolety. Jak się później okazało - kapitańskie. Po powrocie do domu przyczepiłem je sobie na ramiona i paradowałem tak przystrojony po podwórku. Ale zanim zdążyłem zaprezentować swe oficerskie ozdoby wszystkim kolegom, zostałem zgarnięty przez jakiegoś sowieckiego żołdaka. Zaciągnął mnie do sztabu (o ironio, mieszczącego się pod naszym dachem) przed oblicze pułkownika o twarzy przekrwionej od nadmiaru samogonu. Oficer wypytywał mnie z wielką powagą skąd wziąłem te nieszczęsne epolety. Wyznałem mu całą prawdę i tylko prawdę, jak na spowiedzi, ale chyba mi nie uwierzył. Jeden z towarzyszących pułkownikowi krzepki oficer, niższej rangi, chwycił mnie za kołnierz i zaczął mną potrząsać jak workiem kartofli. Przeklinał przy tym wulgarnie. Podobnie poczułem się osiem lat później, w gabinecie oficera Informacji w Mrągowie, choć ten nie stosował wobec mnie podobnych metod przesłuchania ale ten sam język, ten sam wrogi ton. Jak widać historia lubi się powtarzać. Wkrótce po tym przesłuchaniu aresztowano mojego ojca. Rozpoczęto intensywne dochodzenie, z bagna Ściągnięto torbę oficerską. Długo analizowano jej zawartość. Fakt, że sprawę umorzono zawdzięczaliśmy albo szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, iż zamieszkiwaliśmy z naszymi prześladowcami pod jednym dachem - co wydaje się mało prawdopodobne - albo owa tajemnicza torba dostarczyła nowych dowodów naszej niewinności. Ojciec uniknął „rozstrełki". której ja byłbym głównym winowajcą. My byliśmy święcie przekonani, że ów „deficytowy" kapitan dał, po prostu, „drapaka" z Czerwonej Armii.

     Były tam wszakże i jaśniejsze momenty. Nie tylko dzieci miały swój ubaw w nowych warunkach powojennych. Dorośli przeżywali wielką prosperitę „handlową". Rozpoczął się handel wymienny z sowietami. Najwyżej cenionym towarem, jaki mieli wieśniacy do zaoferowania swym partnerom był bimber masowo tu pędzony jeszcze za czasów „Niemca". Ukryte w niedostępnych moczarach bimbrownie pracowały pełną parą. Z każdej stulitrowej beczki żytniego zacieru pędzono gorzałę do ostatniej kropli, nawet wtedy, kiedy już owa ciecz nawet zapachem nie przypominała alkoholu. Na ten niskoprocentowy bimber" także znaleziono receptę, wzbogacając go w fikcyjne gradusy. Producenci krzakówki bez skrupułów wzmacniali swój produkt: pieprzem, piołunem, ostrą papryką, a kiedy brakowało bezpiecznych przypraw, sięgano po karbid, siny kamień a nawet wyjątkowo żrącą substancję - tak zwaną sodę kaustyczną czyli wodorotlenki potasu lub sodu. Końskie zdrowie musieli mieć sołdaty pijący te świństwa, jako że żaden z nich nie walnął nogami w kalendarz. Przynajmniej w naszej wsi nie było przypadków śmiertelnych zatruć. Kiedy skacowanych biesiadników pytaliśmy następnego dnia jak się czują po bimbrowej libacji, odpowiadali pół żartem pół serio, że bimber był wyśmienity, aczkolwiek ta „krepka wódka" dziury im w galotach po wy pałała... w okolicach siedzenia. Drugim w kolejności towarem poszukiwanym przez żołnierzy Armii Czerwonej były zegarki - od ręcznych, poprzez kieszonkowe, na budzikach kończąc. Wszystkie one (po kilka sztuk naraz) były noszone ostentacyjnie, podnosząc „autorytet" ich właściciela w oczach zazdrosnych kolegów, których nie stać było na podobny „luksus". Bardzo atrakcyjnym towarem były też rowery, których Sowieci na ogół nie kupowali lecz „pożyczali". Zabierając rower prawowitemu właścicielowi żołnierz wylewnie dziękował, zapewniając, że to tylko „pożyczka'', że tylko na chwileczkę, że zaraz wróci, ale poszkodowany - na wszelki wypadek - dodawał półgębkiem od siebie: „na wieki wieków - Amen"... I niestety, przeważnie miał rację. Jeśli żołnierzowi udało się pożyczyć rower, cieszył się jak dziecko. Prawdopodobnie był to pierwszy w jego życiu kontakt z podobnym wehikułem, co jest raczej smutne niż śmieszne, godne współczucia. Nauka jazdy na rowerze -najczęściej po pijaku - zwykle kończyła się siniakami lub złomowaniem roweru. Albo jednym i drugim łącznie. Kiedy żołnierz nacieszył się rowerem aż do znużenia, a rower nadawał się jeszcze do dalszej jazdy przekazywał go koledze cierpliwie czekającemu na swoją kolej, a ten następnemu. Podobnie postępowali jurnę sołdaty z kobietami schwytanymi w celach „erotycznych".

     Za własne „delikatesowe" towary wieśniacy najchętniej kupowali od Rosjan - buty harmoszki, płaszcze wojskowe, czapki uszatki, a ponadto - koce, peleryny nieprzemakalne tzw. „pałatki" oraz tytoń i naftę.

     Jak człowiekowi spadającemu w przepaść, któremu w ciągu kilku sekund jawi się całe jego życie, tak i mnie stojącemu przed oficerem Informacji absolutnym panem i władcą mego żołnierskiego losu, jawiły się w pamięci obok ponurych obrazów przeszłości, chwile pełne ciepła i czułości. Jasnymi świetlikami w mrocznych zakamarkach mojej świadomości pozostały, cudowne brzmienia pieśni chóralnych wykonywanych pod batutą ojca. Jeszcze dziś słyszę ich echa wskrzeszone siłą wyobraźni Ogarniały całe moje jestestwo i zawsze wyciskały z moich oczu niepohamowane łzy wzruszenia. Każdy Adwent, każdy Wielki Post, zmieniały nasz dom w świątynię Polihymnii - muzy pieśni chóralnej. Nawet okupacja hitlerowska nie uciszyła naszych śpiewów modlitewnych. W długie, zimowe wieczory zbierali się w naszym domu śpiewacy, często z odległych wiosek. Przychodzili młodzi i starsi, by pod kierunkiem naszego ojca uczyć się kolęd lub pieśni wielkanocnych. Śpiewali do późnych godzin nocnych. Chóralnym śpiewom akompaniowała stara fisharmonia -jedyny spadek jaki się zachował po naszych przodkach. Ta wysłużona staruszka towarzyszyła nam podczas wszystkich naszych wędrówek.

     W Karolinie, tym przedwojennym, okupacyjnym i bezpośrednio po wojnie, nie było elektryczności, toteż oświetlenie sali prób, nazywanej przez nas „salonem", było bardzo trudne. A przecież śpiewakom należało zapewnić możliwości czytania nut i tekstów. Przed wojną używaliśmy lamp naftowych, ale w czasie okupacji nafta była nieosiągalna. Wszystkie jej zapasy znajdujące się na podbitych terytoriach pożerały zmechanizowane wojska inwazyjne okupanta. Samodziałowe świece woskowe chałupniczo produkowane w organistówce ledwo wystarczały do ceremonii kościelnych. Pozostawało do dyspozycji tradycyjne oświetlenie naszych pradziadków - łuczywo, które tutejsi wieśniacy nazywali „płonką". „Płonka" to cieniutka, sucha listewka drewna świerkowego, o długości około 80 cm. Jedna płonka świeciła od 3 do 5 minut. Od niej przypalało się następną i tak bez ustanku. Świerkowe listwy paliły się jasnym światłem i co bardzo ważne nie dymiły. Aby oświetlenie było w miarę „stabilne" i bezpieczne, potrzebny był jednak „etatowy" palacz. Każde wiejskie dziecko doskonale sobie radziło z tym zajęciem. Ja również chętnie wypełniałem- jeśli byłem wolny - obowiązki palacza. Czułem się wówczas dowartościowany. Od moich umiejętności w znacznym stopniu zależało optymalne oświetlenie sali a więc powodzenie całej próby chóru. Moje obowiązki miały się jednak wkrótce zmienić.

     Podczas jednego ze spotkań śpiewaczych, młody i energiczny chórzysta Stanisław Dylnicki przyniósł ze sobą coś, co do złudzenia przypominało bombę, ponieważ było wykonane z mosiężnej łuski armatniej. Tym fascynującym wynalazkiem okazała się kar-bidówka - samodziałka. Było to wielkie „techniczne" wydarzenie. W każdym zakątku salonu można było teraz czytać nuty. Odtąd nie musiałem już pełnić funkcji palacza. Początkowo zająłem dawne miejsce w kącie salonu jako kibic. Z otwartymi z zachwytu ustami, z oczyma wzniesionymi w przestworza, sercem i duszą wsłuchiwałem się w anielskie pienia; cudownie brzmiące akordy i ulotne polifonie melodyczne. A kiedy ukończyłem dziewięć lat z biernego słuchacza przeistoczyłem się w „wokalistę”. Ojciec uznał, że powinienem zasilić swym chłopięcym dyszkantem soprany. Potraktowałem tę propozycję z jednej strony jako wyraz uznania dla moich predyspozycji wokalnych (znałem na pamięć wszystkie linie melodyczne każdego z czterech głosów), z drugiej zaś strony miałem nadzieję, że moje zesłanie do sopranów było tylko żartem lub pomyłką. Damskie towarzystwo nie bardzo mi odpowiadało. Niestety, wokalnie nie nadawałem się do żadnego innego głosu. Nie miałem więc wyboru. Zasiliłem soprany, bo taka była kolejność „kariery" chłopięcego śpiewaka.

     Tak więc zapoczątkowano próby chóru z moim udziałem, a była to nauka kolęd przed zbliżającymi się kolejnymi świętami Bożego Narodzenia. Kiedy rozpoczynałem śpiewanie zamykałem oczy i przeistaczałem się w Marsa. Byłem dumny i blady, skupiając! całą swoją uwagę na właściwym brzmieniu mojego głosu. Pragnąłem być wokalistą bez skazy. Po kilkutygodniowych, niemal codziennych ćwiczeniach, nadszedł czas Pasterki. Mogliśmy wreszcie wyśpiewać cudowne kolędy na Chwałę Bożą, i ku pokrzepieniu ludzkich serc. Były to niezapomniane chwile, kiedy moi rówieśnicy spali już zapewne w swoich łóżeczkach na trzecim boku, ja dojrzały chórzysta, tu w kościele, o północy, stałem na chórze ponad głowami zwykłych śmiertelników, i śpiewałem.., śpiewałem... śpiewałem... W świetle płonących świec, w wonnych obłokach mirry i kadzidła nasze pienia niosły się pod sklepieniem świątyni, ku ołtarzom Najwyższego Pana i brzmiały echem wśród pokrytych śnieżnym kobiercem sosen i świerków, jałowców i wrzosów.

  - Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom...

Strofy kolędy zdawały się ogarniać całą umęczoną polską ziemię, zbrukaną obcą przemocą.{mospagebreak}

„WROGOWIE LUDU"

     Zanim opuściliśmy na zawsze te bliskie naszym sercom strony, naszą zaciszną organistówkę - wkrótce po naszym wyjeździe przekwalifikowaną przez „nową władzę" na punkt skupu mleka, dane nam było jeszcze przeżyć wiele gorzkich doświadczeń. Po wyzwoleniu Polski spod okupacji hitlerowskiej nasz wujek, Ignacy Herbszt wrócił wreszcie do domu. Jednak nie na długo. Natychmiast zainteresował się nim Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Suwałkach. Rozpoczęły się przesłuchania. Oskarżano go o... współpracę z hitlerowcami oraz wrogi stosunek wobec zaprzyjaźnionej Armii Czerwonej. Wkrótce poszedł na odsiadkę kilkuletniego wyroku.

     Dopiero wiosną 1945 roku powrócili z przymusowej pracy na rzecz III Rzeszy moja siostra Krystyna oraz brat Zygmunt. W tym czasie obserwowaliśmy na Suwalszczyźnie dużą koncentrację wojsk sowieckich, a właściwie funkcjonariuszy NKWD. W ich towarzystwie często też widzieliśmy żołnierzy noszących na swych rogatywkach orzełki polskiego wojska. Orzełki nie tylko kształtem odbiegały od tych, które pamiętałem sprzed wojny i tych, które nosili leśni chłopcy z AK. Przede wszystkim nie były już one symbolem Wolnej Polski. Obdarte z korony polskie „orły" miały uświadomić Polaków, że czasy wolnej Ojczyzny choć się jeszcze nie zaczęły, to już się skończyły, że pozostaniemy na zawsze w „braterskim" uścisku ZSRR. Ci inaczej wyglądający polscy żołnierze w rzeczywistości byli funkcjonariuszami nowoutworzonej formacji zbrojnej - Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego, wiernej kopii NKWD i jemu podporządkowanej. Enkawudziści i ubecy wspólnie zaczęli inwigilować lokalną ludność. Szukali wtyczek wśród wieśniaków. Nawiązywali przyjacielskie kontakty, a nawet czułe romanse z młodymi dziewczętami. 18-let-nia Melania Cz. z sąsiedniej wsi Białogóry, na co dzień w spółpracująca z antykomunistyczną partyzantką nie oparła się osobistemu urokowi młodego oficera NKWD. Zakochała się w nim bez pamięci. On również - choć żonaty - darzył ją wielką sympatią. Obiecywał, że za rok, może za dwa, kiedy ułoży swoje sprawy rodzinne, powróci do Białogór aby poślubić Melanię. Na potwierdzenie obietnicy przeciął na pół swoją ślubną obrączkę i jedną jej część, wraz z puklem swoich włosów, wręczył Melanii na pamiątkę. Jakie to romantyczne. Tymczasem, podczas tych idyllicznych spotkań, wydobył z naiwnej dziewczyny wiele informacji, które interesowały NKWD, w tym także tych dotyczących miejscowej partyzantki. W ten sposób powstała lista młodych chłopców; rzekomo powiązanych z antykomunistycznym podziemiem. Znalazło się na niej między innymi siedmiu chłopców z Karolina, moich starszych kolegów.

     Kiedy 13 lipca 1945 roku enkawudziści wkroczyli do Karolina, mieli już gotową listę „polskich bandytów". Wyłapywali ich pojedynczo i przetrzymywali w gospodarstwie Stanisława Syperowicza, który, jak się okazało, również figurował na owej „czarnej liście". Większość rolników tego dnia pracowała w polu, albowiem był to gorący czas żniwowania. Moi bracia, Zygmunt i Eugeniusz, jak co tydzień, napełnili ziarnem kobiałkę i ponieśli do sąsiada Syperowicza na żarna. Nie podejrzewali rzecz jasna, że mieszkanie państwa Syperowiczów zostało zamienione na tymczasowy areszt. Enkawudziści natychmiast zainteresowali się przybyszami. Padły pytania o nazwiska, a potem dokładna konfrontacja z wykazem nazwisk. Prawdopodobnie nasze nazwisko nie figurowało w enkawudowskich spisach, albowiem przez dłuższą chwilę funkcjonariusze zastanawiali się co uczynić z przypadkowymi „gośćmi". Ostatecznie przeważyła koncepcja aby zatrzymać ich do „wyjaśnienia". Prawdopodobnie enkawudziści woleli mieć „rezerwę" na wypadek, gdyby nie udało się schwytać wszystkich „bandytów" objętych „czarną" listą. Czas upływał, a jeszcze nie wszyscy „podejrzani" byli aresztowani. Wciąż „spóźniał" się do domu figurujący na liście Stanisław Dylnicki, na którego zorganizowano zasadzkę w jego własnym domu. Na wszelki wypadek, w zastępstwie, aresztowali jego brata Piotra, który przed kilkoma dniami powrócił z Prus Wschodnich - z przymusowej roboty. Moich braci również zatrzymano jako zakładników na miejsce tych z „czarnej listy", których ewentualnie nie uda się schwytać. Wieczorem wszystkich zatrzymanych popędzono pieszo do odległego o 9 km. Krasnopola. Tam dołączono Karoliniaków do licznej grupy innych aresztantów schwytanych w wielkiej obławie zorganizowanej przez NKWD na terenach w północno-wschodnim pasie województwa białostockiego - od Wiżajn aż do Dąbrowy Białostockiej. Łącznie aresztowano ponad 600 osób, z których do dziś zidentyfikowano zaledwie około 400. W czasach PRL-u, mord na niewinnych 600 mieszkańcach Suwalszczyzny był tematem tabu. Nikt, z wyjątkiem władzy ludowej nie miał prawa do poruszania tematu tej zbrodni. A władza ludowa nie była zainteresowana tą sprawą. Nie poszukiwano też miejsca ewentualnej egzekucji i pochówku. Tak jest do tej pory. W Krasnopolu aresztantów trzymano w miejscowej łaźni. Co kilkanaście minut przypędzano nowych. Bez przerwy przesłuchiwano podejrzanych. Zawsze padały podobne pytania: „czy jesteś polskim bandytą, gdzie się ukrywają pozostali bandyci"... | Każdego zatrzymanego konfrontowano z wykazem osób poszukiwanych. Około północy zaczęto zwalniać osoby „nadliczbowe", które nie figurowały na listach, ale nie dotyczyło to osób aresztowanych w zastępstwie najbliższej rodziny. Wśród zwolnionych znaleźli się i moi bracia Do domu wrócili nad ranem cali i zdrowi. Pozostali zniknęli bez śladu. Wraz z aresztantami „ulotnili" się także ich prześladowcy; a wśród nich oficer NKWD - kochanek Melanii Cz. Uciekł w obawie przed zemstą partyzantki antykomunistycznej. Kiedyś Melania Cz. zwierzyła się osobie zaufanej, że nie zdradziła swych kolegów z ruchu oporu. Nagabywana przez zaprzyjaźnionego oficera NKWD, sporządziła mu fikcyjną listę, zupełnie przypadkowych osób, licząc na ich uwolnienie w czasie przesłuchania oraz konfrontacji z nieistniejącymi dowodami winy. Tymczasem sowieccy oprawcy bardzo poważnie potraktowali ową czarną 1istę. Stała się ona wyrokiem na siedmiu niewinnych ludzi z Karolina.

     W dwa miesiące po tragicznej obławie, do domu Melanii Cz. zapukali leśni ludzie. Zaproponowali jej wyjście na zewnątrz. Była północ. Melania nie stawiała oporu. Na podwórku, w świetle latarek odczytali jej wyrok wydany przez polowy sąd podziemny. Brzmiał on:

  —W imieniu Polski Podziemnej, za wydanie w ręce sowieckich oprawców niewinnych ludzi -kara śmierci. Wyrok został wykonany natychmiast. Rodzicom Melanii partyzanci nakazali opuszczenie Białogór na zawsze. Wkrótce po ich wyjeździe całe gospodarstwo państwa Cz. stanęło w płomieniach.

     Dopiero po trzydziestu paru latach od tamtego tragicznego zdarzenia, „przypomniał" sobie Melanię Cz. jej dawny kochanek, oficer NKWD. Zjawił się w Białogórach służbową „Wołgą" z rejestracją suwalską, w towarzystwie kilku smutnych panów. W ręce trzymał bukiecik czerwonych goździków. Rozpytywał o Melanię Cz. Jedną z napotkanych przez niego osób była Stanisława S. która w dzieciństwie przyjaźniła się z Melanią. Domyśliła się z kim ma do czynienia, choć nie był to już ten sam przystojny młodzieniec, jakiego zapamiętała z 1945 r. Był dojrzałym, siwiejącym mężczyzną. Bez wymiany zbędnych słów zaprowadziła przybysza na miejscowy cmentarz i wskazała jeden z wielu nagrobków, a był to nagrobek Melanii Cz. Poza imieniem i nazwiskiem, oraz datą urodzenia i zgonu, na płycie nagrobnej widniał napis: „zginęła śmiercią tragiczną". Nie wiadomo, czy ten niemłody już pan wpadł do Białogór przy okazji przejazdu przez Polskę, czy może kierowany złym przeczuciem i wyrzutami sumienia, chciał oddać cześć dziewczynie, która niewinną sympatię do niego przypłaciła życiem. Przez dłuższą chwilę stali w milczeniu. Nie pytał o szczegóły tragedii - zapewne były mu znane z relacji suwalskiej bezpieki. Położył na zaniedbanym grobie czerwone kwiaty i odjechał w towarzystwie swych smutnych towarzyszy, oczekujących go przed cmentarzem. Tak zakończył się ostatni epizod w krótkiej historii Melanii Cz., która uwierzyła w miłość czystą, nieskażoną polityką, miłość bez fałszu i obłudy, miłość bez zdrady.

     Nasz los potoczył się własnym torem. Nie bez lęku o własną przyszłość, lecz także z nadzieją na lepsze jutro, wyruszyliśmy latem 1946 r. na Ziemie Odzyskane - do Gołdapi, gdzie tworzyła się nowa parafia Rzymsko-Katolicka, skupiająca masowo napływających osadników. Exodus zubożałej ludności Suwalszczyzny na tereny poniemieckie był ogromny. W pierwszej kolejności zasiedlano sąsiednie powiaty: Gołdap, Ełk, Olecko. Poza ludnością Suwalszczyzny, najliczniejszą grupę osadników stanowili wygnańcy z Wileńszczyzny. Wspólnymi siłami rozpoczęliśmy tworzenie zrębów naszej nowej rzeczywistości. Nawet w naj czarniej szych scenariuszach nie przewidywaliśmy, że będzie to rzeczywistość socjalistyczna: na wzór sowiecki.

     A teraz tu, w Mrągowie, w Ludowym Wojsku Polskim - właśnie takich „wrogów ludu" oficer Informacji postanowił rozpracować operacyjnie, a ich „agenta" wyeliminować ze „zdrowej tkanki armii".

     Jeszcze tylko kilka pytań na temat ewentualnej rodziny za granicą, której akurat ku jego rozczarowaniu nie posiadałem, i...

  - Jesteście wolni, zadecydował zamykając opasły segregator z napisem: „Ściśle Tajne". Wychodząc z gabinetu majora Tkaczowa nie miałem wątpliwości co do następstw przesłuchania. Zastanawiałem się jedynie, jaki wyrok mi zgotuje człowiek w mundurze polskiego oficera, nie będący Polakiem? On sam, bez sądu, bez obrońców, bez świadków, zadecyduje o dalszych moich losach w wojsku, a może i w cywilu?

     Byłem załamany psychicznie. Postanowiłem nie wracać do kancelarii finansów pułku. Bezwiednie skierowałem swe kroki do mojej „sypialni", mieszczącej się na terenie Kompanii Gospodarczej. O tej porze dnia była pusta, ani żywego ducha. Jej lokatorzy, tak zwane „luzaki" - do których ja także byłem zaliczany - byli zajęci najróżniejszymi czynnościami gospodarczo-organizacyjnymi, związanymi z prawidłowym funkcjonowaniem pułku: krawcy i szewcy (ci od oficerskieh sortów mundurowych), kucharze, elektrycy, hydraulicy i świniarze, pisarze, rusznikarze i stajenni. Od pobudki do capstrzyku, z przerwami na posiłki, wszyscy byli zajęci na swych stanowiskach roboczych.

     Rzuciłem się na żelazne wyro, aż zajęczały stalowe sworznie. W ciszy i spokoju zacząłem analizować wydarzenia ostatnich dni. Byłem przekonany, że dzieje się wielka niesprawiedliwość, że stałem się pionkiem w niezrozumiałej, złowrogiej grze. Nastąpiło pomieszanie prawdy z obłudą, służebności z arogancją, prawa z bezprawiem. Ja, skromny szaraczek znalazłem się w epicentrum tej perfidnie przygotowanej intrygi. Przez chwilę próbowałem znaleźć usprawiedliwienie dla mojego prześladowcy. Może w tym precyzyjnie zorganizowanym molochu jakim jest wojsko - myślałem po ludzku - oficer Informacji jest jednym z maluczkich trybików, które muszą się obracać, aby cały mechanizm funkcjonował prawidłowo?

     A może to była zwykła formalność biurokratyczna, dzięki której oficer Informacji przekonywał swych mocodawców, że jest potrzebny, że pracuje, że czuwa? Może... Nie, to niemożliwe. Jak łatwo dałem się ponieść iluzji, jak naiwnie próbowałem omamić logikę. Rzeczywistość skrzeczała do mnie w innej tonacji. Przez chwilę zapomniałem gdzie żyję, w jakiej konstelacji politycznej egzystuję. W grę wchodziły znacznie poważniejsze problemy. Problemy Polski, jako Narodu i jako Państwa. Doktryna Mołotowa, aby Polska jako „bękart traktatu wersalskiego" zniknęła raz na zawsze z mapy Europy, nigdy nie została ani potępiona ani anulowana. To, czego nie udało się dokonać Hitlerowi i Stalinowi w latach 1939-45, mieli kontynuować wysłannicy Moskwy skupieni w Krajowej Radzie Narodowej. Powołane przez nich terrorystyczne służby: Bezpieczeństwa - w cywilu oraz Informacji - w wojsku, miały pacyfikować wszelkie zarodki niepodległościowe, wszelkie dążenia do suwerenności. Terror okazał się najskuteczniejszym narzędziem tłumienia tych aspiracji narodowych. Każdy mógł być oskarżony i osądzony jako wróg „nowej rzeczywistości". Jeśli nie było prawdziwych agentów preparowano fikcyjnych, „papierowych" zgodnie ze starą doktryną: -„Dajcie nam człowieka, a my znajdziemy na niego odpowiedni paragraf”... Jak w eksperymentach Pawłowa o „odruchach warunkowych", Polak miał drżeć ze strachu na dźwięk słów: „Urząd Bezpieczeństwa" lub „Wojskowa Informacja".

     Uprawnienia oficera Informacji, majora Tkaczowa w zakresie wymierzania kar za „przestępstwa polityczne" były ogromne: - Od kuli w łeb - w przypadkach szczególnych, takich jak szpiegostwo czy zdrada, do kar łagodniejszych, podobnych do tych, które i mnie ewentualnie przypisano. Jawne procesy sądowe prowadzone były wyłącznie wobec znanych działaczy antykomunistycznych, których zniknięcie bez rozprawy sądowej trudne były do zatuszowania. Inni wielcy duchem, lecz mało znani Polacy, ginęli w kazamatach jedynie z wyroku takich właśnie oficerów Informacji i Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego. Dlatego mogłem oczekiwać od majora Tkaczowa co najmniej skazania na poniewierkę w macierzystej jednostce aż do końca mojej służby. Sprzątanie latryn żołnierskich, stajni czy chlewni było najłagodniejszą karą. Mogło być również przeniesienie do karnych batalionów budowlanych, kompanii wartowniczej lub do kopalni węgla a nawet uranu... Nie zauważyłem, w którym momencie tych przerażających rozważań zmorzył mnie sen. Przespałem pozostałą część dnia i całą następną noc wyzwalając się (przynajmniej we śnie) z koszmarnej rzeczywistości.

     Już następnego dnia porucznik Józef Pawlak, zakomunikował mi ze łzami w oczach:

  - Według opinii oficera Informacji jesteś wrogiem klasowym ludzi pracy i stanowisz poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa Ludowego Wojska Polskiego. Obydwaj wiemy, że to absurd, że to jakaś paranoja, ale oskarżenie jest niepodważalne i ostateczne. Od decyzji tego oficera nie ma odwołania.

  - Chcę ci pomóc - dodał - wybieraj, albo stajnia lub chlewnia, albo Kompania Wartownicza w Olsztynie. Ta ostatnia ma bardzo złą opinię wśród zesłańców.

     To, że dano mi prawo wyboru mojej własnej degradacji jako żołnierza i jako człowieka, zawdzięczam wyłącznie oficerowi finansowemu, mojemu bezpośredniemu przełożonemu. Uczynił to prawdopodobnie bez wiedzy i zgody wszechwładnego majora.

  -Zaraz, zaraz... powiedział po chwili porucznik-czy ty umiesz grać? Jesteś przecież synem organisty. Jeśli tak, to załatwię ci przeniesienie do pułkowej orkiestry dętej! Co za ulga – pomyślałem mimo, że instrumenty na których grałem w cywilu nie miały nic wspólnego z dętą orkiestrą. - Tak jest! Obywatelu poruczniku, umiem grać... wypaliłem, maskując pozorną pewność siebie.{mospagebreak}

OSTATNI ROZDZIAŁ MOICH PRZYGÓD W LWP

     Nazajutrz, po przekroczeniu progu budynku orkiestry - wydzielonego z kompleksu zabudowań koszarowych z uwagi na hałaśliwe sąsiedztwo - zameldowałem się jak nakazuje regulamin:

  - Obywatelu starszy sierżancie, starszy szeregowy Rynkiewicz

melduje się do dyspozycji...

  - Spocznij - odrzekł drugi w hierarchii orkiestry kapelmistrz, starszy sierżant Kapitan — Znam waszą sprawę — dodał. — Kapral J. wskaże wam wolne łóżko. Rozpakujcie się i zorganizujcie sobie pościel. Zapoznajcie się dokładnie z regulaminem orkiestry. Jutro otrzymacie instrument muzyczny i dołączycie do reszty... Dźwięki marsza „Tryumfalnego", dochodzące z sąsiedniej sali rozładowały pesymistyczny nastrój ostatnich kilku dni.

  - Tak jest! Obywatelu starszy sierżancie! — niemal krzyknąłem z radości — Rozkaz!

     Tak rozpoczął się ko1ejny, tym razem ostatni rozdział, mojej służby w Ludowym Wojsku Polskim. Miałem nadzwyczajne szczęście. Te ostatnie wydarzenia mogły skończyć się bardzo tragicznie, ze skutkami trudnymi do przewidzenia. Z moim wątłym zdrowiem kopalnia węgla lub uranu mogła się okazać przysłowiowym „gwoździem do trumny". Inne kary z gatunku tych „łagodnych" przetrwałbym zapewne bez szemrania na swój parszywy los. To co miało być moją karą stało się ostatecznie moim „wyzwoleniem", przynajmniej na pozostałą część służby. Już sam fakt obcowania z muzyką - nawet jeś1i nie była ona najwyższych lotów - rekompensował doznane upokorzenia. Tu w orkiestrze, mogłem czuć się w miarę bezpiecznie, ukryty przed czujnym okiem oficera Informacji. Nagle stałem się anonimem zagubionym wśród nut. W przeciwieństwie do orkiestr cywilnych te wojskowe składają się wyłącznie z bezimiennych „grajków" (wyjątek stanowi zapewne Orkiestra Reprezentacyjna Wojska Polskiego). Nawet kapelmistrze orkiestr wojskowych, bez względu na stopień oficerski, pozostają w cieniu oficerów liniowych. Ot. taka II kategoria żołnierza. Mała z nich pociecha na polu walki.

     Stosunkowo szybko zaaklimatyzowałem się w nowych warunkach służby wojskowej. Zamiast karabinu dostałem „osobisty" instrument dęty zwany „tenorem". Do kompletu pulpit i „marszówkę czyli zbiór utworów marszowych. Formalne przedstawienie mnie, „nowego" pozostałym członkom orkiestry, odbyło się na moje szczęście bez przykrych niespodzianek. Zostałem zaakceptowany przez muzyczną społeczność. Nastąpił pierwszy mój kontakt z nieznanym mi instrumentem dętym. Ten lśniący złocistym kolorem instrument, o meandrycznie wijących się mosiężnych rurkach i kranikach w pierwszej chwili przeraził mnie. Tylko trzy klawisze! Moje domowe pianino miało ich przynajmniej 10-krotnie więcej. Jak zagrać skomplikowaną linię melodyczną przeciętnego marsza wojskowego przy pomocy 3 klawiszy - martwiłem się? Na szczęście były to nieuzasadnione obawy. Z czytaniem nut nie miałem większych trudności, albowiem w cywilu sporo ćwiczyłem na fortepianie, a w dzieciństwie wiele godzin prześpiewałem w chórze kościelnym. Główny problem polegał na opanowaniu techniki gry i tak zwanego „zadęcia", czyli dopasowaniu ust do metalowego ustnika w kształcie lejka. Pokonanie tych barier kosztowało mnie niemało czasu i wysiłku.

     Dzień powszedni w orkiestrze rozpoczynał apel poranny. Po śniadaniu indywidualne ćwiczenia na instrumentach. Gamy i pasaże były podstawowym repertuarem tych ćwiczeń. Po południu gra zespołowa z udziałem wszystkich orkiestrantów. Graliśmy marsze, wiązanki melodii wojskowych, tańce polskie, uwertury i oczywiście bogaty repertuar melodii Kraju Rad. Dzięki inicjatywie „oddolnej", i za cichym przyzwolenie I kapelmistrza porucznika Styczyńskiego zorganizowaliśmy wkrótce zespół muzyki tanecznej i chór rewelersów, czyli czterogłosowy kwartet wokalny.

     Obowiązki orkiestry dętej na rzecz macierzystej jednostki polegały na obsłudze muzycznej takich imprez jak uroczyste apele i capstrzyki, defilady okolicznościowe i rocznicowe, przygrywka do ćwiczeń z musztry, no i koncerty w ramach „więzi wojska z ludem". Zupełnie „cywilny" użytek z zespołu muzyki tanecznej miała kadra oficerska. W godzinach wieczorowo-nocnych nasz zespół kameralny przygrywał do tańca w kasynie. W zespole tym przypadła mi rola pianisty. Było to przyjemne muzykowanie, sprawiające nam dużą frajdę. Poza nielicznymi przepustkami i koncertami w mieście, była to dodatkowa okazja oglądania ludzi normalnych, pogodnych, uśmiechniętych. Nawet ci sami oficerowie, którzy na co dzień w jednostce poruszali się jak napuszone indory, tu w kasynie, u boku żon lub kochanek przeistaczali się w romantycznych Don Juanów.

     Nasz kontakt wzrokowy z bawiącą się na parkiecie publicznością był niestety ograniczony. W poniemieckich kasynach na terenie Warmii i Mazur, ambony przeznaczone dla orkiestry były usytuowane na dużej wysokości nad parkietem, niemal pod sufitem. Pomimo tych technicznych przeszkód, każdy z nas chętnie filował w dół, ku tańczącym parom. Żałowaliśmy, że nie mogliśmy być wśród nich. W mojej sytuacji człowieka „ściganego" przez kontrwywiad, taki kamuflarz w jaskółczym gnieździe był bardzo wskazany, choć wątpię, czy oficer Informacji major T. wieczny ponurak, kiedykolwiek korzystał z uciech nocnego życia. Na wszelki wypadek wolałem nie ryzykować.

     Orkiestra pułkowa była jednym z nielicznych pomostów łączących wojsko z ludem. Nasze kontakty polegały na organizowaniu bezpłatnych koncertów dla mieszkańców Mrągowa i okolicznych wiosek. W tamtych czasach, jeszcze bez telewizji, gdy i radio było rzadkim gościem w przeciętnym domu, ludzie chętnie przychodzili na nasze występy. Jak zwykle przeważała młodzież. Koncertując na deskach estrady, a nawet w czasie przemarszu orkiestry ulicami Mrągowa próbowaliśmy uwodzić, czy choćby zwrócić na siebie uwagę tutejszych piękności. Czasem, co odważniejsi, puszczali filuternie perskie oczko w kierunku wypatrzonej dziewczyny i jeśli na jej twarzy pojawił się pąsowy rumieniec, tryumfowali ze szczęścia.

     Znacznie większe wrażenie na płci pięknej, bo w skrytości ducha tylko do niej adresowaliśmy nasze śpiewy, wywierał kwartet wokalny z moim udziałem jako pierwszym basistą. W tej roli byliśmy bezkonkurencyjni. Nie przysłaniał nas -jak to jest w orkiestrze - ani pulpit z nutami, ani instrument muzyczny, a w dodatku byliśmy zwróceni twarzą bezpośrednio w kierunku widowni. Stając na skraju desek scenicznych (mikrofonów wówczas nie mieliśmy), celowo staraliśmy się zmniejszyć dystans dzielący nas od słuchaczy. Byliśmy do pewnego stopnia aktorami. Nasz sukces sceniczny, jak się nam wtedy wydawało, w dużej mierze mógł zaważyć na przyszłych naszych znajomościach, a może i romansach, jeśli uda się wycyganić od szefa orkiestry przepustkę. Stojąc, a właściwie tańcząc na estradzie tokowaliśmy jak cietrzewie w czasie godów - śpiewem, wzrokiem, uśmiechem, gestem, czy charakterystycznym grymasem. Staraliśmy się podbić naszą widownię, rozgrzać do czerwoności.

     Kiedy po koncercie musieliśmy zwijać manele i wracać do koszar, wściekłość nas ogarniała, że nie możemy już teraz, natychmiast, albo jeszcze szybciej, „konsumować" profitów należnych nam z tytułu naszych „nadzwyczajnych" sukcesów artystycznych. Niestety, rzeczywistość była twarda i nieubłagana. Jeszcze wiele nocy przyszło nam spędzać w towarzystwie wyłącznie męskim na twardych. piętrowych łóżkach. Jedynie we śnie ci bardziej wrażliwi emocjonalnie mogli bez przeszkód rozwijać swe przygody „erotyczne". Boginie, oglądane w szczenięcych latach, po kryjomu, na albumowych oleodrukach - Venus czy bosonoga Diana - nagle zmieniały swe frywolne pozy, ożywały, poruszały się. Mogłeś je dotykać, przytulać, kochać aż do następnej pobudki.

     Poza koncertami czysto widowiskowymi organizowaliśmy również potańcówki nazywane przez cywilną ludność „zabawami ludowymi". Wówczas to, stosując wśród członków zespołu muzycznego różnego rodzaju roszady, zastępstwa, a nawet absencje, mogliśmy od czasu do czasu sami zatańczyć. Tańce zbliżały młodych 1udzi. Umożliwiały zawieranie znajomości, przyjaźni, a nawet trwałej miłości. Jeden z moich przyjaciół, trębacz, Ryszard A. zakochał się w dziewczynie poznanej na parkiecie i po przejścia do cywila poślubił ją. U jej boku pozostał na stałe w Mrągowie. Ja również miałem odrobinę szczęścia w „mundurowej" miłości. Kiedyś na wyjazdowym koncercie połączonym z „zabawą 1udową, w miejscowości Ukta poznałem urodziwą dziewczynę o śniadej cerze i kruczo-czarnych włosach. Helena B. Mazurka, piękna i nadzwyczaj sympatyczna dopiero wchodziła w dorosłe życie. Po przejściu do cywila kilkakrotnie odwiedziłem ją w jej rodzinnym domu. Wir codziennego, cywilnego już życia, nowe znajomości, zmiana miejsca pracy, wreszcie znacząca odległość między nami, osłabiły zaczątki tej pierwszej naszej miłości. Nasze drogi życiowe - zapewne zgodnie z przeznaczeniem - rozeszły się w różnych kierunkach. Na zawsze. Wkrótce Helena wyjechała do Reichu.

     Zanim opuściłem „gościnną" jednostkę wojskową w Mrągowie dane mi było jeszcze spędzenie „wczasów " nie tyle pod gruszą, co pod sosnami mazurskich lasów - w Kłusach koło Ełku. Był to letni obóz szkoleniowy jednostek wojskowych północno-wschodniej Polski. Kiedy połączone oddziały zbrojne ćwiczyły swój kunszt wojenny, my orkiestranci ze wszystkich pułków, zgodnie z tą samą logiką utworzyliśmy jedną wielką orkiestrę dętą. Była to znakomita okazja do konfrontacji naszych umiejętności muzycznych z kolegami z innych jednostek, a także koncertowania w układzie instrumentalnym, znacznie przekraczającym możliwości naszej orkiestry pułkowej. Kiedy na leśnej polanie zasiadło około 120 mężów wyposażonych w instrumenty dęte i perkusyjne i popłynęły pierwsze dźwięki siarczystego marsza, w oknach Pana Boga drgały wszystkie szyby, a przyległe do polany sosny i świerki maszerowały niewidzialnym krokiem w im tylko wiadomym kierunku. Ptaki i wszelka leśna zwierzyna rażone falą decybeli pierzchły gdzie pieprz rośnie. My tymczasem, muzycy, byliśmy dumni z naszych niewątpliwie bardzo głośnych efektów.

     Nasz kwartet rewelersów tu na obozie w Kłusach po raz pierwszy zetknął się z prawdziwymi mikrofonami. Na specjalnie przygotowanym przez służby saperskie podium ustawionym na skraju lasu wystąpiliśmy podczas dywizyjnej akademi z okazji kolejnej rocznicy „22 lipca". Śpiewaliśmy tym razem nie naszym platonicznym sympatiom, jak to bywało w Mrągowie, lecz wyłącznie naszym mundurowym kolegom, Zachowało się w moim archiwum kilka zdjęć wykonanych przez anonimowego pstrykacza podczas tej imprezy. Na jednym z nich stojąc w towarzystwie kolegów chórzystów o tak zwanym słusznym wzroście i tuszy czułem się jak tyczka ogrodowa, spowita zieloną fasolą wśród pękatych główek kapusty. Na szczęście ten wizualny dysonans nie miał żadnego wpływu na wokalną harmonię naszego kwartetu.

     Po powrocie z letniego obozu do koszar nikt z nas już nie traktował poważnie swoich żołnierskich obowiązków. Od tej pory trwała nieustanna przymiarka do życia cywilnego. Z lubością głaskaliśmy nasze, w miarę już odrośnięte, fryzury. Wyciskaliśmy na twarzach szpetne, młodzieńcze trądziki i permanentnie zerkaliśmy w kieszonkowe lusterka, zaspokajające naszą próżność. Jakież to wrażenie wywrze nasza, dojrzalsza już, fizjonomia? Jak spodoba się zmężniała sylwetka odziana ponownie w cywilne ciuchy? - Zastanawialiśmy się zniecierpliwieni. Dwa lata wojska musiały wywrzeć na nas widoczne (mieliśmy nadzieję, że korzystne) zmiany.

     I wreszcie wybiła ostatnia godzina naszej służby wojskowej. W dniu rozstania z jednostką odebrano nam sorty mundurowe i zwrócono nasze cywilne ubrania. Spoczywały w magazynie dwa lata. Były niemiłosiernie stłamszone i „zajeżdżały" naftaliną. Nie było już czasu, ani możliwości na prasowanie ich pod siennikiem w czasie snu. Najbliższą noc mieliśmy już spędzić w domu lub pociągu. Zależało to od połączenia kolejowego między Mrągowem i resztą Po1ski. Nie było barwnych chust wręczanych żołnierzom na pamiątkę przez młodzież szkolną. Był rozkaz wyjazdu i bilet darmowy w jedną stronę - do miejsca zamieszkania żołnierza. Była też uzbrojona eskorta (młodego rocznika) z koszar na dworzec PKP - tak na wszelki wypadek. Kiedy pociąg ruszył, łza nostalgii za przyjaciółmi niedoli zabłysła w oku niejednemu z nas, jednak radość z możliwości wyrwania się z wojskowego drylu dominowała nad chwilowymi uniesieniami. Żegnaj jednostko. Żegnajcie nasi dowódcy. Żegnajcie koledzy. Żegnajcie sercowe znajomości. Żegnaj Orkiestro!.

     Był listopad 1953 roku. Do domu dotarłem późnym wieczorem. Swój powrót do cywila rozpocząłem od snu. Długiego, regenerującego snu, ponad wszelkie normy. Potem wizyta w moim banku. Tu pewna niespodzianka. Władze wojewódzkie NBP przeniosły mnie, nie pytając o moją zgodę, do Banku w odległym o 35 km. Olecku. Jeszcze raz powtórzyła się moja „emigracja" do Olecka. Nie byłem zachwycony tą propozycją. Nie zdążyłem jeszcze się nacieszyć obcowaniem wśród najbliższych mi osób, a już czekało mnie nowe rozstanie. Nie miałem wyboru. Dwa lata przepracowałem w Olecku, zanim ponownie wróciłem do Gołdapi. Tu spotkałem na swej drodze życia tę jedyną ukochaną - Jankę. Byliśmy sobie przeznaczeni. Nasze małżeństwo zaowocowało dwiema wspaniałymi, kochanymi córkami - Barbarą i Beatą, które z upływem lat uszczęśliwiły nas oczekiwanymi wnukami: Marcinem i Danielem. Potem zmiana miejsca zamieszkania i zaległe studia, oczywiście - zgodnie z rodzinną tradycją - muzyczne, i mnóstwo obowiązków: rodzinnych, zawodowych i społecznych. W pewnym okresie swego życia zerwałem wszelkie więzy z muzyką jako zawodem i całkowicie poświęciłem się innej Muzie, innej dziedzinie sztuki - fotografii, której pozostaję wierny do chwili obecnej.

     Jeszcze kilka bezskutecznych prób ze strony Wojskowej Komendy Uzupełnień abym odnawiał swoją „edukację" wojskową na poligonach i... wreszcie runęło to, co miało trwać wiecznie - socjalizm. Runął przerażający system z jego zakłamaniem, pogardą dla człowieka, służalczością wobec rodzimych i obcych ciemiężców. I nadszedł też koniec Ludowego Wojska Polskiego, które było wiernym odbiciem wszystkich niewybaczalnych wad tego nieludzkiego systemu.

     Tym najbliższym mi istotom - żonie, córkom i wnukom poświęcam te wspomnienia, spoczywające do tej pory w najgłębszych zakamarkach mojej duszy. Jeśli spisane z autopsji, wydarzenia przyczynią się do wyjaśnienia choćby niektórych, skomplikowanych losów młodych Polaków, uwikłanych w nieludzki system niszczenia ich osobowości i psychiki, będę usatysfakcjonowany, że trud mój nie poszedł na marne. Lodowe Wojsko Polskie nawet to z czasów stalinowskich, w polskim piśmiennictwie jest nadal tematem tabu. Polacy mają prawo poznać warunki w jakich służyli ich synowie - dziś już ojcowie i dziadkowie - jakim presjom poddawani byli w imię obcej ideologii. Jaki wpływ na LWP miały narzucone Polsce warunki społeczno-polityczne realizowane pod szyldem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

     Jeszcze dziś - w sennych majakach - widzę kaprala Mańkowskiego krzyczącego wściekle:

  - Padnij! Powstań!

    Albo ponurego oficera informacji - pana i władcę ludzkich losów. Wlepia we mnie świdrujący wzrok, a jego słowa tną jak kozacka szabla:

  -Ty - Wrogu ludu pracującego...

     Albo oficera finansowego, dobrodusznego i wyrozumiałego opiekuna. Czasami ukazują się koszmarne widma - widać na nieboskłonie grzyb atomowy. Wokół nas toczy się wojna, siedzimy w okopach i czekamy na... śmierć! Straszne, okropne, przerażające... Nagle - budzę się i czuję jak ciężki głaz spada mi z serca.

  - To sen, tylko sen. Ma szczęście. I chwała Bogu!

Zdzisław Rynkiewicz

Zdjęcie autura "Wspomnień", wykonane podczas pierwszej przepustki 04.01.1952 r. w zakładzie fotograficznym w Mrągowie. Mundur "galowy" stanowił własność fotografa.

Zygmunt Rynkiewicz - organista, ojciec autora "Wspomnień". Zdjęcie wykonano w 1925 r. po objęciu parafii w Karolinie.

Charakterystyczne zdjęcie z 1939 r. wykonane przed kościołem w Karolinie, na którym poza autorem "Wspomnień" (drugi od prawej w dolnej części fotografii) znajduje się  Melania Cz. tragicznie zmarła w  1945  r. oraz jej  ofiary.  Między innymi Stanisław Ś. i  Bolesław T.


To samo miejsce, ten sam kościół 50 lat później w 1989 r. Zdjęcie wykonano podczas prywatnego pleneru fotograficznego z zaprzyjaźnionymi fotografikami.

Autor na tle rodzinnego domu. Jak widać czas nie oszczędził dawnej organistówki. Zniknął okazały ganek wieńczący wejście do wnętrza. A i śpiewów i dźwięków fisharmonii już nie słychać.


Przypadkowe spotkanie z najlepszym kumplem z lat dziecięcych: Staszkiem M.

Maszeruje połączonaorkiestra dywizyjna przed dowództwem Dywizji. Klusy 22 lipca 1953 r.


Czwórka rewelersów z moim udziałem jako pierwszym basistą. (Ten najwyższy). Klusy k. Ełku 22 lipca 1953 r.

Na przepustce żołnierze się nudzą...

Pożegnalne zdjęcie orkiestrantów czynnej służby, wykonane w dniu wyjazdu jednostki. Drugi od lewej autor "Wspomnień".

Witam.

   Dziękuję za książkę. Przeczytałem ją w jedno przedpołudnie. Ciekawie napisana. Szkoda tylko, że zawiera 104 strony. Jak dla mnie, to stanowczo za mało. Może wynika to z mojej niezaspokojonej ciekawości dotyczącej LWP, a zwłaszcza funkcjonowania armii w latach 50-tych, 60-tych, 70-tych i początku 80-tych.

  Znam bardzo mało publikacji, których autorzy opisują swoje przeżycia i obserwacje z tego okresu. Właściwie najwięcej szczerych wypowiedzi można znaleźć we wspomnieniach pilotów wojskowych. Czasami trzeba domyślać się „między wierszami” jak było naprawdę, ale można też dowiedzieć się paru ciekawych rzeczy „z życia wziętych”, nieobarczonych otoczką propagandową. Dlaczego oficerowie wojsk lądowych nie chcą pisać? Tego zupełnie nie rozumiem. Przecież nie chodzi o prezentację tajemnic wojskowych (o których wszyscy wiedzą). Nazwiska można pozmieniać, cechy realnych postaci łączyć w jednego bohatera książkowego, itd. Przecież bardziej chodzi o prezentacje klimatu tamtych czasów i realiów służby wojskowej. Pokazanie jak to wszystko wyglądało od środka, jak wyglądała codzienność w koszarach i na poligonie oczami szeregowego, kaprala, i porucznika.

  Cieszę się, że Pan się zdecydował napisać tę książkę. Uzupełniła ona, choć trochę moje informacje o tamtych czasach. Gratuluję rzetelnego i solidnego podejścia do sprawy. Napisana bardzo ciekawym i przystępnym językiem. Oby więcej takich publikacji. A może zna Pan jeszcze jakieś tytuły książek tego typu? Byłbym wdzięczny za informacje. Na razie moja biblioteka jest zapełniona wydawnictwami typu „propagandówki” i  „jak to w wojsku pięknie, miło i przyjemnie”. Brakuje trochę rzetelnych informacji.
 

Pozdrawiam – Tomasz Widerski
Kurier Podlaski REPORTER 2-5 październik 1997 r.
Debiut prozą białostockiego fotografika

Dwa aparaty


     Zielona okładka ze zdjęciami skomponowanymi według estetyki niegdysiejszych gazetek ściennych nie zachęca do sięgnięcia po tę niewielką książkę. Tytuł niezgrabny jak polowy mundur żołnierza piechoty z lat 50. - "Moje wspomnienia z Ludowego Wojska Polskiego" - dopełnia reszty i pewnie nigdy bym tych wspomnień nie przeczytał, gdyby nie nazwisko autora. Zdzisława Rynkiewicza, bo to on właśnie jest autorem wspomnień, znam od przeszło ćwierć wieku jako autora fotografii i wystaw, jako profesjonalistę nie tylko zarejestrowanego w rodzimym Związku Polskich Artystów Fotografików, ale także członka Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego w Londynie uhonorowanego tak prestiżowymi nagrodami jak Artiste FIAP i Excellence FIAP, których Międzynarodowa Federacja Sztuki Fitograficznej w Brukseli byle komu nie rozdaje. A tu nagle - książka. Wprawdzie wspomnienia z wojska, które ma każdy jako tako sprawny chłop zdolny udźwignąć kałasza, ale książka i to firmowana przez Wydawnictwo św. Tomasza z Akwinu co brzmi nieźle, a w każdym bądź razie lepiej niż pierwsze zdanie pisarskiego debiutu Rynkiewicza: "Życie jest jak spieniona rzeka "- płynąca przez meandry czasu i przestrzeni".

     Zacząłem więc lekturę wspomnień z Ludowego Wojska nie bez oporów i po znajomości, a skończyłem bez przerywania i nie bez sympatycznego zaskoczenia - to się czyta. Daję tym samym słowo honoru, że takich zabójczych metafor jak ta z życiem i rzeką spienioną jest na przeszło stu kartach wspomnień tyle, że i mówić nie ma o czym. Jest natomiast wartki, sprawny i udramatyzowany nurt narracji zdecydowanie wyróżniający tę pozycję w długim szeregu literatury pamiętnikarsko-wspomnieniowej. Tam gdzie Rynkiewicz darowuje sobie i czytelnikowi metaforyczne ozdobniki, gdzie zdaje się na moc zapamiętanego obrazu, tam zdecydowanie wy- grywa z oporem pisarskiej materii. Wypada zatem żałować, że książkę tak głęboko schowano pod nieprzystępną grafiką okładki.

     Książka jest przede wszystkim reporterskim zapisem z przeszłości, któremu nie brak też publicystycznego zacięcia w dobrym tego słowa znaczeniu. Pisana w pierwszej osobie jest też wyznaniem osobistym i to w dwójnasób: Raz jest to zapis przeżyć wrażliwego młodego człowieka, syna organisty zakochanego w muzyce baroku, który wprost z kościelnego chóru, gdzie śpiewał z sopranami, trafił w łapy kaprala-zupaka w dodatku z ambicjami politruka z lat 50., a drugi raz jest to refleksja dojrzałego mężczyzny, który ogląda się wstecz. Jest więc to fizyczne "smakowanie" socjalizmu realnego w warunkach koszarowych, a dwa - to refleksja Rynkiewicza dojrzałego. Jest więc aż nadto bezpośredni kontakt z żołnierskimi butami i równie bliski kontakt ź historią, ze zmieniającymi się przy wschodniej granicy frontami z doświadczeniem okupacji sowieckiej, niemieckiej i znów sowieckiej.

     Trzeba Rynkiewiczowi oddać sprawiedliwość, bo rzeczywiście radzi sobie z tym świadomym zaplataniem czasów i z literackim nakładaniem się na siebie różnych przestrzeni. To ma sens i konsekwentnie prowadzi do przekazania czytelnikowi pewnych emocji. To też owocuje jednym z piękniejszych obrazów kiedy kilkuletni chłopiec błąka się na ziemi niczyjej między frontami wśród żelastwa wojny i znajduje rozpryśnięte w piasku krople rtęci. Zafascynowany "żywym srebrem" omal nie przepłaca tego spotkania życiem. A jednak mogą być spotkania jeszcze gorsze. Takim gorszym dla Rynkiewicza spotkaniem był major Informacji Wojskowej, który w potomku organisty dostrzegł wroga ludu pracującego. Nieco spóźniona promocja książki Rynkiewicza odbyła się przed kilkoma dniami w Galerii Slendzińskich, a wśród czwartkowych gości znalazł się też fraszkopis Waydyk, który prozatorski debiut znanego fotografika skwitował kalamburem <5 znaczeniu dwóch aparatów w życiu Rynkiewicza - tego fotograficznego i tego bezpieki, bo przecież Informacja Wojskowa była dla ludzi w mundurach tym samym, czym SB dla cywilów. Myślę, że kalambur o dwóch aparatach zasługuje na uwagę, bo choć wspomnienia z Ludowego Wojska bywają przejmujące, to przecież ich autor w co jak w co, ale w histerię przecież nie popada - rejestruje jak przystało na dobrze wyćwiczone oko fotografika.

ANDRZEJ KOZIARA

Wydawnictwo św. Tomasza z Akwinu
Korekta: Ewa Krajska
Copyright by Wydawnictwo św. Tomasza z Akwinu,
Warszawa 1996
Wydawnictwo Św. Tomasza z Akwinu Barcelońska 5/50 02-762 Warszawa tel.651-88-17
ISBN 83-86535-12-7
skład i łamanie: Firma ACTIS, Egejska 6/67, Warszawa, tcl. 42-72-29 druk: Drukarnia EFEKT, Lubelska 30/32, Warszawa, tcl. 618-57-07

Moje Allegro

 

 

Free Joomla! template by Age Themes