"Na pograniczu prawa"

Panu Janowi Kowalskiemu z Czarnegobrzegu i jemu podobnym, polskim Don Kichotom walczącym z wiatrakami bezprawia, poświęcam tę książkę.
Żywię głęboką nadzieję, że ich samotna walka, napotykająca mur ludzkiej obojętności, doczeka się zwycięstwa dobra nad złem.
autor
ZDZISŁAW RYNKIEWICZ
NA POGRANICZU PRAWA
(Ściśle jawne, tylko do użytku publicznego)
Białystok, 1999



Od autora

Drogi Czytelniku! Nie próbuj odnaleźć w rejestrach podmiotów gospodarczych opisanej tu Wspólnoty Czynszowej. Taka wspólnota może istnieć nie tylko w Czarnymbrzegu, skąd zaczerpnąłem opisane fakty, lecz także w każdym, dowolnie wybranym mieście: w Kielcach, w Sochaczewie, lub w Białymstoku.
Nie baw się też w porucznika Borewicza, ścigającego podejrzanych o łamanie prawa. To nie ma żadnego sensu. Miejsce i okoliczności tamtych zdarzeń, ze zrozumiałych względów zostały przeniesione w świat wyimaginowanej rzeczywistości, a opisani w tej książce bohaterowie także otrzymali nowe dossier. Jeśli więc w Twoim otoczeniu pojawi się osobnik odpowiadający rysopisowi książkowemu, będzie to zwykły przypadek.
Gdybyś jednak odnalazł złoczyńców - tych autentycznych - i uzyskał dowody ich winy, nie będą one warte nawet funta kłaków, ponieważ tak zwane: resorty, stojące na straży ładu i porządku publicznego nie zajmą się nimi na serio. Kogo bowiem dziś obchodzi jak jest wydawany grosz publiczny, a zwłaszcza grosz czynszowników. „Przecież to są ich wewnętrzne sprawy".
Pod rządami ułomnego prawa może wydarzyć się wszystko. Natura nie lubi próżni - prawo też. Jeśli w prawie są luki, wypełnia je bezprawie. Taka jest kolej rzeczy. Prawo powinno spełniać rolę zapory przed bezprawiem, a kiedy tego nie czyni, jest źle.
Złe prawo a w dodatku brak możliwości jego egzekwowania, rodzą patologię społeczną. Każda władza pozbawiona rzetelnej kontroli ulega deprawacji i korupcji. Jeśli ministerstwo do spraw prywatyzacji dysponujące olbrzymim majątkiem narodowym oddaje ten majątek za bezcen ludziom z dawnej i obecnej nomenklatury, jeśli powołana z tak wielkim trudem Prokuratoria Generalna, która miała zapobiegać złodziejskiej prywatyzacji została bezkarnie unicestwiona przez tych, którzy w nieuczciwy sposób zagarnęli nienależne im dobra materialne, jeśli prawo czynszowe mówi, że: „każda wspólnota czynszowa jest zobowiązana przynajmniej raz na trzy lata poddać się lustracyjnemu badaniu całości jej statutowego działania", a stojący na straży przestrzegania tego prawa - Okręgowy Klan Lustracyjny - twierdzi że, „wspólnoty mogą, ale nie muszą być kontrolowane", to wiadomo o co chodzi. O, pieniądze!
Szczególnie wspólnoty czynszowe „tęsknią" do lustracji. Słowo - mogą, nie jest przecież synonimem słowa - muszą. Po co więc zawracać sobie głowę lustracjami, skoro nawet stróżom prawa są one obojętne: -„Nie chcem i nie muszem" - jak mawiał pewien mąż stanu. Ja natomiast twierdzę, że brak obiektywnej i sumiennej kontroli społecznej, nawet na tak niewielkim odcinku naszego życia publicznego, jakim są Wspólnoty Czynszowe, powoduje olbrzymie straty materialne i przede wszystkim moralne. I o tym - między innymi - traktuje ta książka.
Życzę Ci Drogi Czytelniku nie tyle miłej, co pouczającej lektury.

Zdzisław Rynkiewicz
W cieniu PRL

„W czasach PRL - Pospolitej Republiki Lewackiej, ustanowionej po drugiej wojnie światowej przez generalissimusa Stalina przy zdradzieckiej aprobacie prezydenta USA-Roosevelta oraz premiera Wielkiej Brytanii - Churchila, Polsce narzucono ustrój azjatycko-bolszewicki, nazwany niewinnie - socjalizmem. Całokształt życia społeczno-politycznego i ekonomicznego został podporządkowany partyjnym biurokratom. W letargu niemocy znalazła się cała polska gospodarka, plasując się w ogonie Trzeciego Świata. To, że w ciągu 45-cio letnich rządów komunistycznych nie osiągnęliśmy dna biologicznej egzystencji, zawdzięczamy niestrudzonej, organicznej pracy zwykłych, szarych obywateli, brutalnie okradanych z owoców ich wysiłku. Nie mniej istotną rolę odegrał również opór Polaków przeciwko totalitarnej władzy, oraz wciąż żywa, wielowiekowa tradycja, utrzymująca Naród Polski w jego dążeniach niepodległościowych.
Budownictwo mieszkaniowe także osiągnęło swoje dno. Rozmiary tego budownictwa władza komunistyczna ograniczyła wyłącznie do potrzeb uprzywilejowanej klasy rządzącej i jej popleczników. Zamiast oczekiwanych mieszkań, szarym obywatelom serwowano megalomanię sukcesów budownictwa komunistycznego, faszerując podporządkowane biurokratom media, galówkami przecinania wstęg z udziałem pierwszych sekretarzy partii, na propagandowych „budowlach socjalizmu". O trójkach murarskich układano poematy i pieśni patriotyczne, jak gdyby one miały w przyszłości rozwiązywać polskie problemy budownictwa mieszkaniowego.
Krach socjalistycznej mieszkaniówki był nieunikniony. Władze partyjno-rządowe dobrze o tym wiedziały. Postanowiły ratować kryzysową sytuację, powołując do życia w końcu lat pięćdziesiątych wspólnoty czynszowe. Ich zadaniem było łatanie dziur w budownictwie komunalnym. Z czasem okazało się, że choć konstytucja PRL gwarantowała każdemu Polakowi bezpłatne mieszkanie, to jednak w praktyce lewackie państwo całkowicie obarczyło swych obywateli odpowiedzialnością za budownictwo mieszkaniowe. Oczywisty wyjątek stanowiła wąska kasta osób uprzywilejowanych, powiązanych z władzą lewacką.
Pierwszą, wspólnotą czynszową iv Czarnymbrzegu, była Czar-nobrzeska Wspólnota Czynszowa, a pierwszą dzielnicą czynszową, podległą tej Wspólnocie był kompleks mieszkaniowy położony w trójkącie ulic: Mazowiejskiej, Zawierskiej i Stalowej. Dzielnica otrzymała nazwę: „Historyczną", dla upamiętnienia pewnej ważnej rocznicy polskiej państwowości. Po tym symbolicznym wydarzeniu, wspólnoty czynszowe zadomowiły się na trwałe w polskim krajobrazie, pozostawiając daleko w tyle budoionictioo komunalne..."
Powyższym tekstem rozpoczyna się: „Informacja o stanie społeczno-ekonomicznym dzielnicy „Historycznej" ,w kontekście Czarnobrzeskiej Wspólnoty Czynszowej". Wywołała ona ogromne zamieszanie wśród działaczy Wspólnoty, podczas spotkania z mieszkańcami dzielnicy w dniu 16.04.1997 r
PRL - bis

Rok 1989 zapoczątkował wielkie przemiany ustrojowe, które według zapewnień władców PRL miały trwać wiecznie. Optymistyczne prognozy mieszkającego od wielu lat w Czarnymbrzegu działacza społeczno-samorządowego - Jana Kowalskiego, dotyczące unicestwienia komunizmu, na którego zgliszczach miał odrodzić się ustrój demokratyczny, nie sprawdziły się. Oczekiwał wspaniałego spektaklu przy otwartej kurtynie, z udziałem fanfar i fajerwerków. Oczami wyobraźni widział Wielkiego Męża Opatrznościowego - Lwa Włóczęgę, stawiającego swą zwycięską stopę na dogorywającym cielsku znienawidzonej bestii. Podobnie jak większość Polaków, miał nadzieję, że dziesięciomiliono-wy ruch „Solidnych", zmiecie z powierzchni polskiej ziemi wszelkie zło i niegodziwości, że wreszcie po blisko pięćdziesięciu la-
tach zniewolenia narodu polskiego, do umęczonej Ojczyzny powróci Najjaśniejsza Rzeczypospolita. Niestety, spotkał go sromotny zawód.
Transformację ustrojową w wersji oczekiwanej przez polski naród zapoczątkował i rychło ją zakończył tak zwany Okrągły Stół. Jak pokazał czas, był on zwykłą fasadą, pozorującą dialog opozycji z władzą komunistyczną. Targowicę - bo na takie miano zasługuje Okrągły Stół - w czasie jego trwania okryto szczelną cenzurą prasową i zmową milczenia. Zamiast szczerej dyskusji o naprawie Rzeczypospolitej, mogliśmy oglądać na ekranach telewizorów kamienne twarze - zapewne świadome swej nikczemnej roli w farsie, realizującej „miękkie lądowanie" komunistów w nowej formacji politycznej - SDRP - (Spółka Dawnej Recydywy Partyjnej). Przy otwartej kurtynie „zbawcy narodu" zapewniali nas, że odtąd Polacy będą podmiotem a nie przedmiotem we własnym kraju, że pomyślność naszego narodu będzie nadrzędną Racją Stanu. Brutalna prawda niezbicie dowiodła, że los społeczeństwa w tej cynicznej grze był im całkowicie obojętny. Te rzeczywiste, a nie fasadowe decyzje, zapadały poza Okrągłym Stołem; w Magdalence i innych tajemnych miejscach politycznych przetargów.
Od reprezentantów narodu oczekiwaliśmy nie tylko wyprowadzenia ze świątyń marksizmu - leninizmu sztandarów PZPr -Partii Zjednoczonej Pseudorobotniczej, ale przede wszystkim idei totalnego zniewalania Narodu. Okazało się, że byliśmy naiwni i łatwowierni. Przygotowano Janowi Kowalskiemu i pozostałym Polakom zgoła inny scenariusz, daleki od oczekiwań społecznych. Najjaśniejsza Rzeczypospolita miała być krótkim okresem przejściowym, podczas którego wąska grupa przedstawicieli Polaków miała zgromadzić niezbędne dobra materialne (kosztem większości narodu) w celu zapewnienia sobie i swoim najbliższym wygodnego bytu w nowej rzeczywistości społeczno- ekonomicznej, w nowym państwie, całkowicie oderwanym od tysiącletniej, polskiej tradycji. Tym docelowym krajem nad Wisłą, pośpiesznie tworzonym przez Europolaków ma być Pollan-dia.
Karty rozdane przy Okrągłym Stole pomiędzy tych, którzy zdecydowali się na „dobrowolne" oddanie władzy i tych, którzy ją przejęli, gwarantowały wygraną wyłącznie wąskiej grupie graczy politycznych i ich sprzymierzeńcom. Okrągły Stół zapewnił komunistycznej nomenklaturze, osieroconej po nieboszczce „przewodniej sile narodu", nieograniczone przywileje polityczne i ekonomiczne. Rozgrzeszył też zbrodniczy aparat PRL-owskiej przemocy ze wszystkich przestępstw popełnionych przeciwko Narodowi Polskiemu. Tak zwana „gruba kreska", ogłoszona przez premiera - Tymoteusza Mazowszańskiego podczas pamiętnego, sejmowego exsposse, przypieczętowała te ustalenia. Premier powiedział wówczas:- „Mnie absolutnie nie obchodzi przeszłość komunistów, oceniana będzie ich obecna postawa polityczna". Dodał też przy okazji: -„Aby mogła rozkwitać prywatna inicjatywa, tolerować będziemy przywłaszczenie przez przedsiębiorczych rodaków pierwszego miliona złotych na rozruch gospodarczy."
Wypowiedź ta miała dalekosiężne skutki nie tylko społeczno-ekonomiczne, ale przede wszystkim moralne. Stała się sygnałem skierowanym do różnej maści kacyków gminnych i wojewódzkich zapewniającym ich, że odnowa pozostanie martwym zapisem Okrągłego Stołu. Tak też się stało. Po słowach premiera zachęcających do bezprawia, rodacy wyruszyli na podbój kasy państwowej. Rzecz jasna, nie wszyscy mieli jednakowy dostęp do wystawionych na łup, dóbr materialnych. Inne dobra były w zasięgu Robola (gatunek mutanta, ukształtowany przez władców PRL), a inne dygnitarza sprawującego nieograniczoną władzę nad polską gospodarką. Robole zadawalali się kilkoma workami cementu, skradzionego na państwowych budowach, by je od- sprzedać za pół litra wódki na willach wznoszonych przez Nowobogackich. Możliwości dygnitarzy partyjno-rządowych były praktycznie niewyczerpane. Oczywiście nie kradli oni hut ani fabryk, bo i po co, skoro za skradzione pieniądze mogli legalnie kupować wszystko: ziemię, fabryki, kopalnie i huty. W tym też celu powołano Ministerstwo Przekształceń Własnościowych, aby majątek wypracowany przez wszystkich Polaków można było legalnie przekazywać czerwonym i różowym przedstawicielom narodu za symboliczną złotówkę. W tej ogólnej grabieży majątku narodowego dawna nomenklatura nie gardziła też mniej wartościowymi dobrami materialnymi. Kiedy likwidowano sklepy dewizowe „PeWeX" (Przedsiębiorstwa Wewnętrznego Eksportu) oraz partyjne sklepy za „żółtymi firankami", luksusowe towary konsumpcyjne wartości wielu miliardów dolarów, trafiły do rąk właścicieli PRL. Premier Mazowszański przejmując od komunistów rozkra-daną schedę oświadczył:
-„Przeszłość oddzielona „grubą kreską" nie będzie ścigana z mocy prawa"...
Komuniści, przekazując władzę przedstawicielom „posierp-niowej opozycji" słusznie zakładali, że tę władzę wkrótce odzyskają. Tak też się stało. Już w 1993 r. po przedterminowym rozwiązaniu pierwszego, demokratycznie wybranego parlamentu, przez Prezydenta RP - Lwa Włóczęgę, oraz szeregu jego niefortunnych decyzji, kompromitujących cały dziesięciomilionowy ruch „Solidnych", który wyniósł go na stolec prezydencki - władza powróciła do komunistów. Sprawdziła się teoria Lwa Włóczęgi, „że Polska ma dwie nogi, a zwłaszcza lewą". Był to przysłowiowy kubeł zimnej wody, wylany na rozpalone głowy entuzjastów odnowy w tym głowę Jana Kowalskiego.
Winą za powrót komunistów do władzy w roku 1993 usiłowano obarczyć polską prawicę. Dominowały poglądy, że to: „awan-turnictwo polityczne oraz wewnętrzne rozbicie prawicy przyczyniły
się do jej klęski wyborczej". Jeśli takie opinie wygłaszali wrogowie prawicy to mieli w tym określony cel. Gorzej bywało, kiedy sama prawica, ulegając tym sugestiom, rozpoczynała samobiczowanie.
Tamte wybory przegraliśmy znacznie wcześniej. Przegraliśmy je już w roku 1989 przy Okrągłym Stole podczas spisku „pseudosolidnych" z komunistami.
Tamte wybory przegraliśmy, kiedy „Europejczycy" z Unii Wolnomularzy, za przywileje władzy politycznej pozwolili komunistom na zagarnięcie olbrzymiego majątku narodowego.
Tamte wybory przegraliśmy, kiedy „nasz" premier Tymoteusz Mazowszański ogłaszając „grubą kreskę" zapewnił czerwonym przestępcom całkowitą bezkarność.
Tamte wybory przegraliśmy, kiedy Prezydent - Lew Włóczęga rozbijając mch prawicowy przekonywał Polaków, że: „loyjdzie to na zdrowie polskiej scenie politycznej".
Tamte wybory przegraliśmy, kiedy Trybunał Konstytucyjny orzekał, że: „politycy kandydujący do parlamentu lub na urząd Prezydenta RP mogą bezkarnie składać fałszywe oświadczenia dotyczące ich przeszłości", a minister Anzelm Milczkowski odmówił udostępnienia teczek personalnych polityków, pomimo obowiązującej wówczas Sejmowej Ustawy Lustracyjnej.
Tamte wybory przegraliśmy również - a może przede wszystkim dlatego,- że po 45 latach zniewolenia Narodu Polskiego, staliśmy się ludźmi uzależnionymi od nadzorców totalitaryzmu niczym narkomani od heroiny.
Kolejne zwycięstwa komunistów w wolnych wyborach po roku 1989 dadzą się również wytłumaczyć z materialistycznego punktu widzenia.
Schwytane w sidła i uwięzione w klatce dzikie (wolne) zwierzęta lub ptaki, już po kilku latach niewoli tracą instynkt samozachowawczy. Nie potrafią samodzielnie zdobywać sobie pokarmu. Dzieje się tak dlatego, że wyręczają je w tych czynnościach nad-
zorcy klatki. Wypuszczone ponownie na wolność nie są już w stanie samoistnie egzystować i albo giną z głodu, albo dobrowolnie wracają do klatki pod opiekę nadzorców. Tylko nieliczne osobniki - najczęściej kosztem słabszych jednostek - przystosowują się do nowej sytuacji.
W analogiczny sposób zachowują się wszystkie Demoludy (mieszkańcy dawnych krajów socjalistycznych) po zburzeniu ich klatki zwanej „realnym socjalizmem". Taką klatką do której tęskno także wielu z nas, jest PRL (Pospolita Republika Lewacka), nadzorowana jeszcze tak niedawno przez komunistów. I gotowi jesteśmy wybaczyć komunistom wszystkie ich zbrodnie i występki, byleby chcieli znów przygarnąć nas pod swoją „opiekę". Trzeba tu obiektywnie stwierdzić, że komuniści i cała tak zwana „lewa noga", doskonale potrafią wykorzystywać w kampaniach wyborczych (prezydenckiej, parlamentarnej i samorządowej), nostalgiczne tęsknoty swych dawnych poddanych.
Nadzorcy klatek nie oczekiwali od swych podopiecznych zbyt wiele: stachanowskiej - co nie oznacza, że sumiennej - pracy, ślepego posłuszeństwa, oraz wyrzeczenia się wszelkich dążeń wolnościowych. Ci, którzy spełniali te kryteria, otrzymywali reglamentowane dobra materialne w ilości zapewniającej minimum biologicznej egzystencji. Mogli też spać spokojnie, nie nękani przez służby specjalne.
Wśród mieszkańców klatek gorliwie spełniających polecenia nadzorców, istniała bliżej nie określona grupa nadgorliwców, chętnie współpracujących z nadzorcami w utrzymywaniu ładu i porządku, za co była dodatkowo nagradzana bezpłatnymi mieszkaniami, talonami samochodowymi, ciepłymi posadkami dyrektorskimi, stypendiami zagranicznymi i innymi przywilejami. Żeby zasłużyć na tak wysokie wyróżnienie, władza ludowa oczekiwała od swych sługusów czynnego udziału, w sprawowaniu kontroli nad zniewolonym społeczeństwem. Najwyżej ceniono donosiciel-
stwo na współrodaków. Różnej maści kapusie byli tajnymi, wysoko opłacanymi konfidentami UB i SB. Tacy ludzie do ostatnich swoich dni ziemskiego żywota, chwalić będą Pospolitą Republikę Lewacką.
Niektórzy teoretycy twierdzą, że wytworzona w czasach PRL świadomość społeczna trwać będzie do momentu odejścia na wieczny spoczynek wszystkich rodaków skażonych totalitaryzmem. Mam obawy, że naturalna selekcja szeregów wyznawców bolszewizmu nie nastąpi wraz z ich odejściem w zaświaty. Pozostaną po nich potomkowie, którym od kolebki wpajano uwielbienie dla utopijnego „raju wiecznej szczęśliwości" i w ogóle do czerwonego koloru
Metamorfoza

Zburzenie komunizmu w Polsce przez potężny ruch „Solidnych" obudziło w narodzie polskim wielkie nadzieje. Odżyły pamiętne umowy społeczne z lat 1980-81. Niestety, w nowej rzeczywistości, po Okrągłym Stole, nie było już miejsca ani woli politycznej na realizację tych, słusznych' aspiracji. Polak w Pol-landii ma być pozbawiony ziemi, tradycji narodowej oraz religii swych przodków. Tę dalekosiężną wizję realizuje - podobnie jak jego poprzednicy - przedstawiciel polskich „Europejczyków" -Lopek Bulwersowicz. Jego też imieniem nazwano {„Plan Bulwer-sowicza") całe to antypolskie przedsięwzięcie, polegające na wyprzedaży majątku narodowego oraz uwłaszczeniu wąskiej kasty starej i nowej nomenklatury.
Zwolennicy likwidacji Polski jako suwerennego państwa - ci krajowi i zagraniczni - twierdzą, że minister finansów RP - Lopek Bulwersowicz jest świetnym ekonomistą. Obdarowują go nagrodami i wyróżnieniami. Jest to wielkie oszustwo, sterowane z Brukseli. Działania polityczno-ekonomiczne tego polityka są sprzeczne z naszymi, żywotnymi interesami narodowymi.
Nasz kraj po upadku komuny w 1989 roku, do złudzenia przypomina pewną sfrustrowaną rodzinę, która odziedziczyła po swych przodkach zdewastowane, wielohektarowe gospodarstwo rolne. Nowi właściciele majątku, rozpoczęli „naprawę" gospodarstwa od wyprzedaży ziemi i maszyn rolniczych, wydając „zarobione" pieniądze na hulaszcze życie. W tym rujnującym procederze nikt nie myślał o przyszłości rodziny, kiedy już nie będzie czym handlować a ci, którzy wykupili ziemię i warsztaty produkcyjne zaczną wyrzucać bankrutów na bruk.
„Wysoka koniunktura" polskiej ekonomii, którą chełpią się liberałowie jest niczym innym jak wyprzedażą, polskiej ziemi i polskich zakładów pracy, nie zawsze wypłacalnym kontrahentom. Uzyskane pieniądze trafiają do tych, którzy po roku 1989 zarządzają całokształtem stmktur gospodarczych i bankowych w Polsce, którzy uwłaszczają wąską grupę rodzimych i zagranicznych kapitalistów. Sejmowy projekt uwłaszczenia całego Narodu Polskiego - sztandarowe hasło AWS (Agencji Wspierania Swoich) z czasów jej kampanii wyborczej, odkładany jest z roku na rok, kiedy już nie będzie nic do uwłaszczenia. Unici, wolnomula-rze twierdzą, że uwłaszczenie całego narodu polskiego jest mitem, utopią. I chyba wiedzą co mówią. Jako koalicjanci AWS, prawdopodobnie nie dopuszczą do realizacji tego projektu.
Aby można było łatwiej i taniej przejmować polską ziemię, pozostającą jeszcze w rękach polskich chłopów, Europolacy czynią wszystko żeby tę ziemię chłopom obrzydzić, wykazać jej bezsensowność, niską opłacalność. Pod presją Brukseli, poprzez zaniżanie cen na produkty rolne wytwarzane przez polskiego rolnika, poprzez planowany podatek katastralny pragną utwierdzić chłopów w tym przekonaniu. Liczą na to, że chłopi polscy doprowadzeni do miny, dobrowolnie i bezpłatnie wyrzekną się swojej ojcowizny na rzecz zachodnich farmerów, pozostając u nich na służbie w charakterze wyrobników rolnych, parobków.
Już dziś, ziemia leżąca między Bugiem i Odrą jest siedemna-stokrotnie tańsza od ziemi rozciągającej się na zachód od Odry. Niemcy, za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ziemi tylko jednego landu, są w stanie wykupić niemal cale terytorium Polski. Jest rzeczą zastanawiającą, że ta relacja cenowa nie przeraża tych, którzy chętnie dają zezwolenia cudzoziemcom na zakup polskiej ziemi.

„Odnowa" czynszowa

Jan Kowalski zapamiętał dokładnie jeden dzień z tamtego okresu, kiedy komunizm walił się w gruzy. Był rok 1990, w którym Odnowa zawitała także do jego dzielnicy czynszowej. Na zebranie poświęcone porządkowaniu wspólnego podwórka czynszowego przybyło ponad tysiąc osób. Hala sportowa Szkoły Podstawowej Nr 25 w Czarnymbrzegu nie była w stanie pomieścić wszystkich chętnych, pragnących uczestniczenia w tym historycznym wydarzeniu. Oto po raz pierwszy od 45 lat, bez nadzoru sekretarza ekonomicznego KW PZPr, zwykli czynszownicy mogli twarzą w twarz spotkać się z bossami wspólnoty czynszowej, pełniącymi swą władzę nie z mandatu otrzymanego w demokratycznych wyborach lecz z nominacji aparatu partyjnego.
Dyskusja była burzliwa. Pod adresem władz wspólnoty kierowano zarówno błahe zarzuty jak i bardzo poważne oskarżenia. Przy okazji negatywnie oceniono cały okres tak zwanego „realnego socjalizmu". Gdyby zebrani dysponowali wówczas wehikułem, potocznie nazywanym taczką, z pewnością nie obeszłoby się bez rajdu wąskimi uliczkami osiedlowymi z udziałem prezesów Czarnobrzeskiej Wspólnoty Czynszowej.
Z ust przedstawicieli władz wspólnoty padały słowa usprawiedliwiające tamten okres. Twierdzili oni, że to przyczyny obiektywne i ustrojowe krępowały ich twórcze inicjatywy. Solennie też przyrzekali, że w nowej, odrodzonej rzeczywistości błędy i wypaczenia tamtych lat nigdy więcej nie powtórzą się. Zebrani na wszelki wypadek powołali Społeczną Grupę Inicjatywną, aby czuwała nad przebiegiem przemian organizacyjnych i samorządowych w Czarnobrzeskiej Wspólnocie Czynszowej. Z entuzjazmem i nadzieją mieszkańcy dzielnicy „Historycznej" opuszczali salę obrad.
Dalsze wydarzenia w Czarnobrzeskiej Wspólnocie Czynszowej potoczyły się zgodnie ze scenariuszem nakreślonym przy Okrągłym Stole. Rozpoczęto wcielanie w życie Odnowę w taki sposób, aby nie zostały naruszone żadne z dotychczasowych struktur Wspólnoty. Taką, luksusową sytuację gwarantowało decydentom czynszowym obowiązujące od 1961 roku, znowelizowane w stanie wojennym (1982) Prawo czynszowe.
Reformatorzy Okrągłego Stołu znają dobrze niekorzystne skutki obowiązującego w Polsce, kryminogennego Prawa czynszowego, ale żaden z nich nie kiwnął palcem, aby to prawo wreszcie znalazło się na śmietniku historii. Paradoksem stał się też fakt, że wywalczone z tak wielkim trudem przez polskie społeczeństwo swobody demokratyczne, teraz stały się one pancerzem ochronnym wszelkich patologicznych układów, rodem z PRL. Dotychczasowi zarządcy wspólnot czynszowych mogli spać spokojnie. Żadna realna siła nie mogła zburzyć ich twierdzy bez naruszenia obowiązującego w Polsce Prawa czynszowego. Takie są reguły giy w państwie demokratycznym, a Polska po roku 1989 postrzegana jest jako państwo demokratyczne. W PRL wystarczyłby jeden telefon z KC PZPr do marszałka Sejmu i niewygodne prawo - oczywiście niewygodne partyjnym biurokratom - natychmiast znikało z życia publicznego. Dziś nie ma KC, a Sejm jak się okazuje ma „ważniejsze" sprawy na głowie. Tak więc restrykcyjne Prawo czynszowe z 1982 r. nadal trzyma w ryzach swych członków.
Ciąg dalszy przygód Jana Kowlskiego w III RP znajdzie Czytelnik na kolejnych stronach mojej książki : "Na pograniczu prawa"... wydanej w 1999 r. Zachęcam do lektury.

Projekt okładki ZDZISŁAW RYNKIEWICZ
Copyright by Wydawnictwo RYNARTFOTO '99
Białystok 1999
Printed in Poland
ISBN - 83-911550-5-6
Druk: Podlaska Spółdzielnia Produkcyjno-Handlowo-Usługowa Białystok, ul. 27 Lipca 40/3, tel (085) 675-48-02

Moje Allegro

 

 

Free Joomla! template by Age Themes